Przejdź do treści

Sprzedałeś firmę i czujesz, że coś jest z tobą nie tak? Też to miałem

Autor Adam Sawicki
Sprzedałeś firmę i czujesz, że coś jest z tobą nie tak? Też to miałem
Mateusz Warcholiński , Brainhub

Dla wielu przedsiębiorców sprzedaż własnej firmy wydaje się spełnieniem marzeń. Mateusz Warcholiński przekonał się jednak, że po exicie zaczynają się zupełnie nowe wyzwania. W rozmowie z nami opowiada o zmęczeniu, psychoterapii, odzyskiwaniu energii i życiu po sprzedaży Brainhuba.


Mateusz Warcholiński jest współzałożycielem Brainhubu, polskiej firmy technologicznej specjalizującej się w tworzeniu oprogramowania. Przez ponad 10 lat rozwijał organizację, odpowiadając m.in. za sprzedaż, relacje z klientami i rozwój biznesu. W 2024 roku wraz ze wspólnikiem sprzedał firmę inwestorowi branżowemu. Dziś dzieli się doświadczeniami związanymi z exitem, zdrowiem psychicznym founderów i życiem po sprzedaży biznesu. 

Z tego wywiadu dowiesz się:

Kiedy po raz pierwszy pomyślałeś o sprzedaży Brainhuba?

Tak naprawdę pomysł sprzedaży firmy pojawił się dużo wcześniej niż sam Brainhub. Kiedy zaczynałem swoją przygodę z przedsiębiorczością, gdzieś z tyłu głowy miałem marzenie, żeby kiedyś przejść całą tę drogę – od pomysłu do sprzedaży zbudowanego biznesu. Nie chodziło o konkretną firmę ani określoną kwotę. Bardziej o samo doświadczenie i sprawdzenie, jak wygląda taki proces. W międzyczasie realizowałem różne projekty, nie wszystkie zakończyły się sukcesem, ale wizja exitu stale mi towarzyszyła. Co ciekawe, kiedy budowaliśmy Brainhuba, przez długi czas w ogóle nie myśleliśmy o sprzedaży. Byliśmy skoncentrowani na rozwoju firmy, klientach i zespole.

Oczywiście od czasu do czasu pojawiały się zapytania. Rozmawialiśmy z podmiotami z Polski i zagranicy, ktoś sondował temat, ktoś pytał o nasze plany. W pewnym momencie trafiliśmy jednak na partnera, przy którym poczuliśmy, że warto usiąść do stołu i porozmawiać poważnie. Była wspólna wizja, było zrozumienie biznesu i realna synergia. Razem ze wspólnikiem uznaliśmy, że to może być właściwy kierunek.

Wielu founderów wyobraża sobie sprzedaż firmy jako wielki finał historii. Osiągasz cel, świętujesz i możesz odetchnąć. U ciebie wyglądało to inaczej?

Zdecydowanie inaczej.

To chyba najbardziej zaskakujący element całej tej historii. Wiele osób postrzega exit jako metę. Wydaje się, że kiedy ją przekroczysz, wszystko się domknie i będziesz po prostu szczęśliwy. Tymczasem moje doświadczenie było zupełnie inne.

Porównałbym to do ukończenia maratonu. Przez dziesięć lat codziennie budzisz się z tym samym projektem w głowie. Rozwiązujesz problemy, zdobywasz klientów, budujesz zespół, podejmujesz trudne decyzje. Są kryzysy, są sukcesy, są momenty zwątpienia i ekscytacji. To trwa dzień po dniu przez dekadę. W końcu przekraczasz linię mety. Dostajesz medal. Osiągasz cel. A potem nagle okazuje się, że trzeba wrócić do domu i zacząć żyć dalej.

Brzmi tak, jakby największe wyzwanie zaczynało się dopiero po sprzedaży firmy.

W pewnym sensie tak właśnie było.

Nie przeżyłem żadnego gwałtownego załamania. Nie było jednego poranka, kiedy obudziłem się i pomyślałem, że wszystko się rozsypało. To był raczej powolny, rozciągnięty w czasie proces. Sprzedaliśmy firmę w grudniu 2024 roku. Przez kolejne miesiące byłem jeszcze zaangażowany w przekazywanie obowiązków i różne działania związane z integracją. Formalnie pracowałem mniej więcej do maja lub czerwca. Dopiero wtedy naprawdę zrobiło się cicho. Nagle zniknęły maile, spotkania, telefony i dziesiątki decyzji do podjęcia każdego dnia. Przez lata funkcjonowałem w bardzo konkretnym rytmie, a ten rytm po prostu się skończył.

Na pierwszy rzut oka brzmi to jak spełnienie marzeń. W końcu większość przedsiębiorców marzy o czasie dla siebie. Problem polega na tym, że po dziesięciu latach działania na wysokich obrotach nie da się jednym ruchem przełączyć organizmu na tryb odpoczynku.

Jak długo trwało dochodzenie do równowagi?

Około półtora roku. Gdyby ktoś kilka lat wcześniej powiedział mi, że po sprzedaży firmy będę potrzebował tak dużo czasu, żeby odzyskać energię, prawdopodobnie bym mu nie uwierzył. A jednak dokładnie tak się stało. Dopiero od kilku miesięcy czuję, że wróciła mi radość, ciekawość świata i ochota na spotkania z ludźmi. Wcześniej miałem wrażenie, że coś we mnie przygasło.

Jak wyglądał ten stan od środka?

Nie brakowało mi zajęć. Nie siedziałem bezczynnie i nie zastanawiałem się, co zrobić ze swoim życiem. Wręcz przeciwnie. Wróciłem do sportu, czytałem książki, podróżowałem, spędzałem więcej czasu z rodziną i znajomymi. Miałem mnóstwo aktywności.

A mimo to czułem, że czegoś brakuje. Było mniej energii. Mniej entuzjazmu. Trudniej było cieszyć się rzeczami, które wcześniej sprawiały mi przyjemność. Z zewnątrz wszystko wyglądało dobrze, ale wewnętrznie nie czułem się w pełni sobą. Dzisiaj tłumaczę to sobie w prosty sposób. Przez wiele lat funkcjonowałem pod ogromną presją. Nawet jeśli kochałem swoją pracę, nadal wiązała się ona ze stresem, odpowiedzialnością i nieustannym rozwiązywaniem problemów. Organizm przez lata pracował na wysokich obrotach, a kiedy nagle wszystko się zatrzymało, potrzebował czasu, żeby wrócić do równowagi.

Słuchając ciebie, można odnieść wrażenie, że problemem nie był sam exit, ale intensywność dziesięciu lat, które go poprzedzały.

Dokładnie tak to dziś widzę.

Firma była dla mnie czymś znacznie więcej niż pracą. To było moje hobby, moja pasja i mój sposób funkcjonowania. Czytałem głównie książki biznesowe. Spotykałem się z ludźmi związanymi z biznesem. Nawet po pracy myślałem o klientach, projektach i wyzwaniach.

Jeżeli pracujesz w różnych organizacjach, możesz zmienić branżę, zespół albo stanowisko. Founder przez lata budzi się z tym samym biznesem i tą samą odpowiedzialnością. Nie da się po prostu zamknąć laptopa i całkowicie odciąć od firmy. Nawet podczas wakacji czy weekendu część uwagi pozostaje przy biznesie. Dopiero po sprzedaży zrozumiałem, jak bardzo byłem zmęczony. Co ciekawe, rachunek nie przyszedł w postaci problemów fizycznych. Zapłaciła za to głowa.

Co powiedziałbyś dziś przedsiębiorcy, który od lat działa na pełnych obrotach i uważa, że jeszcze trochę wytrzyma?

Powiedziałbym mu, żeby nie lekceważył regeneracji.

Brzmi banalnie, bo wszyscy słyszeliśmy tę radę setki razy. Problem w tym, że większość przedsiębiorców jest przekonana, że ich ona nie dotyczy. Ja też tak myślałem. Można zrobić sprint przez tydzień, miesiąc, czasem nawet przez kilka miesięcy. Ale nie przez wiele lat bez konsekwencji. 

Trzeba nauczyć się odkładać telefon, wyjeżdżać na urlop i wychodzić na chwilę z biznesowego świata. Founderom przychodzi to szczególnie trudno, bo zawsze pojawia się kolejna okazja, kolejny klient albo kolejny problem do rozwiązania. Właśnie dlatego tak łatwo przeoczyć moment, w którym organizm zaczyna mówić: „Stop”.

W powrocie do równowagi pomogła ci psychoterapia. Kiedy uznałeś, że warto z niej skorzystać?

Psychoterapia towarzyszyła mi na różnych etapach życia, nie tylko po exicie. Miałem kilka okresów, kiedy z niej korzystałem, i każdy z nich wniósł coś wartościowego.

Mam wrażenie, że przedsiębiorcy zdecydowanie za rzadko rozmawiają o zdrowiu psychicznym. Godzinami dyskutujemy o strategii, sprzedaży, marketingu czy zarządzaniu, a jednocześnie pomijamy fakt, że ogromna część biznesowych wyzwań rozgrywa się w naszej głowie.

Jednym z ważnych tematów, które przepracowywałem, było przekonanie, że jako founder muszę znać odpowiedź na każde pytanie. Przez lata żyłem w poczuciu, że powinienem być najlepszy w każdej dziedzinie, wszystko rozumieć i samodzielnie rozwiązywać każdy problem. To niezwykle wyczerpujący sposób funkcjonowania. Dopiero terapia pomogła mi zrozumieć, że nie muszę być alfą i omegą. Mogę zatrudniać ludzi mądrzejszych ode mnie. Mogę czegoś nie wiedzieć. Mogę powiedzieć „nie wiem”. I nic złego się nie wydarzy.

Brzmi jak konfrontacja z własnym ego.

Bo dokładnie tym była. Myślę, że wielu founderów przechodzi podobną drogę. Na początku chcesz mieć wpływ na wszystko. Kontrolować każdy proces, podejmować każdą decyzję i być najlepszy w każdym obszarze. Wydaje ci się, że tylko w ten sposób firma będzie działała dobrze. Z czasem okazuje się jednak, że jeśli chcesz budować większą organizację, musisz nauczyć się odpuszczać. Musisz zaakceptować, że inni ludzie podejmą decyzje inaczej niż ty. Czasem nawet lepiej. To trudna lekcja, ale niezbędna.

Jak wyglądało to w praktyce w Brainhubie?

To był wieloletni proces. Już dużo wcześniej zaczęliśmy budować organizację opartą na liderach i stopniowo przekazywać odpowiedzialność kolejnym osobom. Pamiętam jedno ćwiczenie, które bardzo dużo mnie nauczyło. Siedzisz na spotkaniu strategicznym. Widzisz problem. Masz gotowe rozwiązanie. Wiesz, co sam byś zrobił. I nic nie mówisz. Obserwujesz. Pozwalasz liderowi przeprowadzić zespół przez problem, wypracować rozwiązanie, podjąć decyzję i wziąć za nią odpowiedzialność. To jest niezwykle trudne, szczególnie na początku. Ale właśnie wtedy organizacja dojrzewa, a firma przestaje być uzależniona od jednej osoby.

Wielu founderów utożsamia swoją wartość z tym, jak bardzo są potrzebni firmie.

To bardzo powszechny mechanizm.

Na początku rzeczywiście wszystko przechodzi przez ciebie. Sprzedaż, marketing, rekrutacja, obsługa klientów. Firma jest w pewnym sensie przedłużeniem ciebie samego. Później jednak organizacja rośnie i trzeba nauczyć się działać inaczej. Pamiętam, że kiedyś bardzo chciałem być CEO. Wydawało mi się, że to szczyt zawodowych ambicji. Dopiero z czasem zacząłem lepiej rozumieć siebie. Odkryłem, że nie jestem osobą, która chce spędzać całe dnie na zarządzaniu ludźmi i uczestniczeniu w niekończących się spotkaniach. 

Znacznie bardziej lubię pracę z klientami, rozwiązywanie problemów, tworzenie nowych rzeczy i szukanie pomysłów. Kiedy zaakceptowałem tę prawdę o sobie, poczułem ogromną ulgę. Przestałem próbować być kimś, kim nie jestem.

To wymaga dużej samoświadomości.

Przedsiębiorczość jest w dużej mierze pracą nad sobą. Ludzie często skupiają się wyłącznie na biznesowej stronie budowania firmy, tymczasem ogromna część procesu dotyczy poznawania samego siebie. Musisz wiedzieć, co daje ci energię, czego nie lubisz, gdzie są twoje mocne strony i jakie masz ograniczenia. Musisz też mieć odwagę, żeby się do tych ograniczeń przyznać. Wiele osób przez lata próbuje udowodnić sobie i światu, że odnajdzie się w każdej roli. Czasami jednak znacznie lepszym rozwiązaniem jest zaakceptowanie własnej natury.

Dziś, kiedy masz już większy dystans do całego procesu, nie kusi cię powrót do gry?

Szczerze? Nie. Przynajmniej nie teraz. Widzę przedsiębiorców, którzy po exicie natychmiast rzucają się w kolejne projekty. Zakładają nowe spółki, inwestują, szukają następnej okazji. Ja mam zupełnie odwrotnie. Po raz pierwszy od wielu lat naprawdę nigdzie się nie spieszę. I bardzo dobrze się z tym czuję.

Jak wygląda dziś twój dzień?

Śmieję się czasem, że dopiero teraz rozumiem emerytów. Kiedyś zastanawiałem się, jak to możliwe, że mają wypełnione kalendarze. Dzisiaj sam nie narzekam na brak zajęć. Rano odwożę dziecko do szkoły. Później idę na trening. Gotuję obiad dla rodziny, robię zakupy, czytam książki, spotykam się ze znajomymi, planuję wyjazdy. I nagle okazuje się, że dzień mija błyskawicznie. Najważniejsze jest jednak to, że nie czuję pustki. Nadal się rozwijam, tylko w innych obszarach niż kiedyś. Mam więcej czasu dla rodziny, lepiej dbam o zdrowie, osiągam lepsze wyniki sportowe i czytam więcej niż kiedykolwiek wcześniej.

Powiedz na koniec, jakie trzy rady dałbyś founderowi, który właśnie sprzedał firmę i znajduje się dokładnie w miejscu, w którym ty byłeś kilka miesięcy temu?

Po pierwsze, nie bałbym się terapii. Jeśli czujesz, że jest ci trudno, warto sięgnąć po pomoc. W moim przypadku psychoterapia pomogła mi uporządkować wiele spraw i spojrzeć na nie z nowej perspektywy.

Po drugie, zadbałbym o relacje. Dobrze mieć wokół siebie ludzi, z którymi można szczerze porozmawiać. Innych founderów, przyjaciół, mentorów. Kogoś, kto rozumie, przez co przechodzisz. Mam wrażenie, że w Polsce wciąż brakuje społeczności przedsiębiorców po exicie – miejsca, w którym można otwarcie mówić o swoich doświadczeniach, bez konieczności udawania, że wszystko jest idealnie.

Po trzecie, wróciłbym do podstaw. Sen, ruch i dieta. Brzmi banalnie, ale właśnie te rzeczy pomogły mi najbardziej. Dzisiaj śpię co najmniej osiem godzin, regularnie uprawiam sport i zwracam uwagę na to, co jem. Bardzo często szukamy skomplikowanych rozwiązań, podczas gdy największą różnicę robią fundamenty. Przez lata traktujemy ciało jak narzędzie do budowania firmy. Dopiero później odkrywamy, że bez zadbania o siebie trudno naprawdę cieszyć się nawet największym sukcesem.

PS. Jeśli przechodzisz przez podobne problemy, a potrzebujesz wsparcia, skontaktuj się z Mateuszem. Znajdziesz go na LinkedInie

Adam Sawicki

Adam Sawicki

Dziennikarz, redaktor i scenarzysta związany z mediami biznesowymi od 2014 roku. Były redaktor MamStartup i Marketing i Biznes, twórca Rebiznes.pl. Autor ponad 7000 publikacji, współautor książki „Rozkręć startup”.

Wszystkie artykuły

Więcej w kategorii decyzje founderów

Zobacz wszystkie

Więcej od Adam Sawicki

Zobacz wszystkie