Ten artykuł nie jest o tym, jak robić wszystko. Jest o tym, jak świadomie rezygnować - żeby zbudować firmę, która nie zjada życia.
Wielokrotnie przekonałam się na własnej skórze, że życie to jeden wielki „trade-off". To znaczy, że jeśli mówię tej jednej czynności, tej relacji, temu konkretnemu marzeniu „tak", to w tym samym momencie mówię „nie" wielu innym rzeczom, które też są ważne. I choć brzmi to banalnie, to w praktyce okazuje się jedną z trudniejszych rzeczy do zaakceptowania.
Zauważyłam też, że wielu z nas panicznie boi się straty. Gdy w grę wchodzi ryzyko utraty pieniędzy, bezpieczeństwa albo relacji, nagle przestajemy myśleć racjonalnie i zaczynamy próbować „ogarniać wszystko naraz", łapiąc każdą możliwą okazję. Efekt jest taki, że zamiast iść do przodu, kręcimy się w kółko, zmęczeni i sfrustrowani.
W moim doświadczeniu szczególnie widać to u kobiet. Z jednej strony ogromna ambicja, z drugiej bardzo silna potrzeba bezpieczeństwa i jeszcze silniejsza tendencja do samokrytycyzmu - szczególnie gdy wchodzimy w rolę matki. Presja bycia „idealną" potrafi skutecznie blokować podejmowanie decyzji, które w biznesie są po prostu konieczne.
Nie jestem psychologiem. Mogę mówić tylko o tym, co sama przetestowałam i co widzę u ludzi wokół mnie, dlatego nie będę Ci sprzedawała „jedynego właściwego kierunku", tylko przedstawię Ci kilka praktycznych wskazówek, które wynikają z moich doświadczeń.
Z czym wchodzisz do gry
Pierwszym czynnikiem, który zdeterminuje Twój sukces w „świadomym rezygnowaniu", jest uczciwe zorientowanie się w tym, z czym realnie wchodzisz do gry jako człowiek.
Mam na myśli kilka aspektów, o których prawie nikt nie mówi w kontekście biznesu, a które w praktyce wpływają na więcej decyzji, niż chcielibyśmy przyznać - naszą historię, traumy, schematy, ograniczenia i przewagi.
Zanim założysz firmę, już ją budujesz - kapitałem, który wyniosłeś bądź wyniosłaś z domu, i nie chodzi mi o pieniądze.
Chodzi o to, czy miałeś przestrzeń do próbowania i popełniania błędów bez paraliżującego strachu, czy ktoś Cię wspierał nawet wtedy, gdy coś zawaliłeś, czy w Twoim domu rozmawiało się o emocjach i granicach, czy raczej od początku uczyłeś się, że lepiej „nie przeszkadzać" i radzić sobie samemu. To są rzeczy, które później wchodzą z Tobą do biznesu - niezależnie od tego, czy tego chcesz.
Jeśli wyniosłeś wsparcie, dużo łatwiej podejmujesz decyzje, które wiążą się z ryzykiem, i dużo szybciej wracasz do działania po błędach. Jeśli wyniosłeś chaos albo brak poczucia bezpieczeństwa, bardzo naturalne jest to, że najpierw chcesz „ustawić grunt", zanim zaczniesz myśleć o skali. Jeśli wyniosłeś krytykę, możesz mieć tendencję do nadmiernego analizowania, odkładania decyzji i podważania siebie - nawet wtedy, gdy obiektywnie jesteś dobrze przygotowany.
Dlatego część przedsiębiorców nie przegrywa przez rynek. Przegrywa, bo prowadzi biznes, jednocześnie próbując poukładać rzeczy, które powinny zostać poukładane dużo wcześniej.
Staję dziś w opozycji do stwierdzeń przedsiębiorców w stylu: „wszystko zawdzięczam ciężkiej pracy po 20 godzin dziennie". Ja startowałam z dodatnim kapitałem i mówię to wprost, bo uważam, że to ma znaczenie; że dzięki temu mam realną przewagę. Mam rodziców, którzy mnie wspierali, którzy dawali mi dostęp do wiedzy, którzy pozwalali mi próbować. Dali mi też ogromną przestrzeń - gdy miałam 13 lat, zgodzili się, żebym wyjechała na miesiąc do Stanów Zjednoczonych z ich przyjaciółmi. To wcześnie pokazało mi, że nie ma jednego scenariusza życia, że można myśleć szerzej. I to zostało ze mną.
Dziś, gdy podejmuję decyzje biznesowe, nie towarzyszy mi paraliżujący strach. Bardziej ciekawość i gotowość do sprawdzenia: „zobaczmy, co się stanie". Najbardziej cieszy mnie sama podróż do celu, nie jestem zorientowana tylko na „bycie najlepszym". Z mojego doświadczenia „największych graczy" przyciąga autentyczna postawa, nie akty desperacji.
Piszę o tym, ponieważ mam pełną świadomość, że nie każdy startuje z tego miejsca. Widziałam i słyszałam zbyt wiele historii przedsiębiorców, którzy najpierw musieli walczyć ze swoimi schematami, z poczuciem braku bezpieczeństwa, z potrzebą udowadniania swojej wartości, zanim w ogóle byli w stanie stabilnie stanąć na nogi - a dopiero potem myśleć o rozwoju firmy. I to jest realny koszt, który za rzadko jest nazywany wprost.
Dlatego jeśli Twój kapitał startowy jest ujemny i pracujesz nad swoimi deficytami, to robisz coś bardzo trudnego: próbujesz budować firmę, jednocześnie porządkując fundamenty, na których ona stoi. I to ma ogromne znaczenie dla tego, jakie decyzje podejmujesz, jak szybko je podejmujesz i ile Cię to kosztuje.
Sytuacja bieżąca, czyli niewygodne pytania
Gdy już odpowiesz sobie na pytanie o kapitał, musisz ocenić jeszcze sytuację bieżącą. Tak szczerze, przed samym sobą. Nie tę, którą pokazujesz światu, tylko tę, w której faktycznie jesteś.
Cel jest prosty: identyfikacja ryzyka i zaadresowanie potencjalnych przeszkód zawczasu. Stworzenie planu i systemu, który zadziała dla Ciebie, a nie takiego, który dobrze wygląda na papierze.
- W jakim momencie swojego życia teraz jesteś?
- Czego chcesz najbardziej w perspektywie najbliższych 2 lat?
- Jaką cenę jesteś gotów zapłacić za swój sukces? Co jesteś w stanie poświęcić, a czego po prostu nie?
To są niewygodne pytania, ale bez nich bardzo łatwo budować coś, co na końcu i tak nie będzie pasowało do Twojego życia. Jeśli nie wiesz, czego chcesz - czasami warto się w coś zaangażować tylko po to, żeby dowiedzieć się czego nie chcesz.
W moim życiu wszystko działo się jednocześnie i nie mogłam tego ignorować. Mam 30 lat. Wyszłam szczęśliwie za mąż w wieku 22 lat, pierwszego syna urodziłam mając 24 lata, firmę założyłam w wieku 26 lat, a drugi syn przyszedł na świat, gdy skończyłam 28 lat.
Nie mogłam udawać, że jestem w tym samym miejscu co ktoś bez dzieci, bez zobowiązań, z pełną elastycznością czasową i energetyczną. Wiedziałam też, że jako kobieta-matka będę miała więcej pracy w niektórych aspektach i że to nie jest coś, co „jakoś się ogarnie", tylko coś, co trzeba świadomie wziąć pod uwagę.
- Rekonwalescencja po dwóch operacjach cesarskiego cięcia - pomimo tego, że przez całe życie byłam bardzo aktywna fizycznie, dwukrotnie musiałam przejść drogę bólu i potu, żeby wrócić do sprawności i swojej formy.
- Nieprzespane noce, czyli ograniczone zasoby - mimo ogromnego zaangażowania mojego męża, biologii nie oszukasz. Małe dziecko potrzebuje mamy. Byłam tam, lulałam, tuliłam, karmiłam.
- Utrudnione podróżowanie - konferencja biznesowa po nieprzespanej nocy z gorączkującym dzieckiem to zupełnie inne doświadczenie niż networking po saunie i spokojnym śnie.
- Nieobecność zawodowa - przy pierwszym dziecku „pozwoliłam" sobie na roczny urlop macierzyński. Przy drugim wiedziałam już, że w mojej branży to będzie „zabójstwo", dlatego wróciłam do działań po 3 miesiącach od porodu — na swoich zasadach.
To nie jest narzekanie, tylko kontekst decyzji, ponieważ to świadomość tych ograniczeń pozwoliła mi podejmować dobre (dla mnie) decyzje w biznesie. Jeśli nie nazwiesz swoich ograniczeń, zaczniesz budować biznes tak, jakby ich nie było - a rzeczywistość bardzo szybko to zweryfikuje.
Pierwszy biznes musi zarabiać od pierwszego dnia
Skoro mam rodzinę i zobowiązania finansowe, to mój pierwszy biznes musi być przemyślanym projektem, który zarabia od pierwszego dnia. Nie „kiedyś", nie „jak się uda", tylko od pierwszego dnia. Dlatego „rozkręcałam" firmę wciąż pracując na pełen etat, a spółkę otworzyłam dopiero wtedy, gdy miałam pierwszego dużego klienta (korporacja, obroty 2,2 mld PLN). Do prowadzenia rozmów nie potrzebowałam wpisu do KRS. Potrzebowałam swojej reputacji. Nie tej budowanej w social mediach, tylko tej budowanej latami w pracy.
Korporacja dała mi coś, czego wiele osób próbuje nauczyć się już „na swoim": kontekst. Mogłam uczyć się, nie ryzykując własnych zasobów, obserwować prawdziwą skalę, pracować przy dużych budżetach, brać udział w poważnych negocjacjach oraz budować relacje, które mają znaczenie. Widząc, jak działają duże organizacje, jak podejmowane są decyzje, jak wygląda struktura i odpowiedzialność, dużo łatwiej było mi później budować własny biznes bez chaosu i bez zgadywania.
Dziś rozmawiając z Zarządami, nie czuję się „za mała". Duże kwoty mnie nie paraliżują. Procesy nie są dla mnie abstrakcją, ale to nie wzięło się znikąd.
Po latach, mój pierwszy partner biznesowy, Dyrektor wspomnianej korporacji, wyznał: „Ola, szukałem złożonych wyjaśnień. Jednak sprawa jest »prosta«. […] Wygrałaś więc swoją osobą, charakterem, wzbudzając pełne zaufanie u mnie i w zespole. Do tego super wiedza i merytoryka." Zatem sukces to była składowa mojego kapitału i ciężkiej pracy.
Jeśli rozważasz otwarcie swojego biznesu albo chcesz go mocniej rozwijać, masz dwie opcje: nauczyć się wszystkiego samemu na swoich błędach, albo nauczyć się tego od kogoś, kto już tam był. Dla mnie fundamentem była korporacja. Dla Ciebie to może być klub biznesowy, mentor, środowisko ludzi, którzy są kilka kroków dalej. Forma jest mniej istotna niż jedno: dostęp do realnego doświadczenia.
Czego nie zrobiłam
Można budować biznes inaczej - nie zaczynając od zera na koncie i życia w permanentnym stresie, czy uda się opłacić wszystkie rachunki, tylko podejmując decyzje, które są dopasowane do Twojej sytuacji - nawet jeśli oznacza to wolniejsze tempo na początku.
Jedną z takich moich rezygnacji była decyzja o odrzuceniu propozycji zakupu udziałów mojej spółki przez zagranicznego inwestora (korporacja, obroty 1,297 mld EUR).
W momencie negocjacji zakładałam, że ta współpraca może przynieść szybszy wzrost, jednakże nie chciałam ponosić takiego kosztu, ponieważ utraciłabym swoją niezależność na samym początku prowadzenia biznesu, a także musiałabym żyć w dwóch państwach, narażając moje rodzinne relacje. Postawiłam na swoje wartości i nie oznaczało to końca współpracy. Realizujemy projekty do dziś.
Kolejną decyzją, którą musiałam podjąć, było odejście od myślenia, że jestem w stanie „ogarniać wszystko sama". Nie jestem, nie mam takiej ambicji.
Jeśli obydwoje z mężem chcemy się rozwijać, budować swoją pozycję zawodową, być obecni dla dzieci i jednocześnie nie funkcjonować w ciągłym chaosie domowym, to część obowiązków musi zostać oddelegowana. Ktoś musi przejąć zadania operacyjne, które są konieczne, ale nie wymagają naszej bezpośredniej obecności.
Dlatego mamy trzyosobowy zespół wspaniałych kobiet w domu. Nie na pełen etat, ale z pełnym serdeczności sercem. To element systemu, który świadomie zaprojektowaliśmy. Dokładnie tak samo, jak w biznesie korzystam z księgowości, obsługi prawnej czy outsourcingu - w domu organizuję wsparcie tam, gdzie ma to sens. Nie dlatego, że nie potrafię zrobić tych rzeczy sama. Potrafię. Pytanie, które sobie zadaję, brzmi: czy to jest najlepsze wykorzystanie mojego czasu, energii i uwagi na tym etapie życia?
Wolę zapłacić za wsparcie, dając komuś innemu możliwość zarobku, a ten czas wykorzystać na rzeczy, które są dla mnie naprawdę istotne - relację z dziećmi, relację z mężem, odpoczynek, rozwój, podejmowanie decyzji biznesowych. Wolę mieć przestrzeń na bycie obecnym, zamiast udowadniać, że jestem w stanie jednocześnie prowadzić firmę, wychowywać dzieci, prowadzić dom i realizować wszystkie obowiązki samodzielnie.
Decydując się na rozwój zawodowy, świadomie rezygnuję z części obowiązków, które społecznie bardzo często przypisywane są kobietom. Wiem, że może to budzić różne reakcje, ale dla mnie kluczowe jest to, że ten system działa i wspiera nasze życie, zamiast codziennie wystawiać je na próbę.
Firma dopasowana do życia
Podobną decyzję podjęłam w kontekście modelu pracy w swojej firmie. Od początku zależało mi na tym, żeby moja firma nie była miejscem, które wymaga mojej ciągłej obecności operacyjnej, tylko narzędziem, które daje mi określony poziom niezależności. Dlatego buduję ją w modelu możliwie zdalnym i asynchronicznym, ograniczając sytuacje, w których wszystko musi przechodzić przeze mnie.
Na krótką metę „bycie niezbędnym" daje poczucie kontroli, ale w dłuższej perspektywie prowadzi do sytuacji, w której zamiast firmy budujemy sobie bardzo wymagające stanowisko pracy. Dlatego tam, gdzie to możliwe, tworzę procesy i kontrakty, które nie wymagają mojej stałej obecności. Deleguję odpowiedzialność i buduję strukturę, która działa również wtedy, gdy ja nie jestem zaangażowana w każdy detal.
To właśnie dzięki temu mogę pozwolić sobie na spędzanie kilku miesięcy w roku z rodziną na Kanarach i faktyczne korzystanie z tego czasu. Nie oznacza to jednak, że taka decyzja nie ma konsekwencji. Będąc przez dłuższy czas poza Polską, nie uczestniczę w wydarzeniach branżowych, konferencjach czy spotkaniach, które mogłyby przełożyć się na nowe relacje i sprzedaż. Z dużym prawdopodobieństwem sprzedaję wtedy mniej, niż mogłabym, gdybym była bardziej obecna na rynku. Jest to jednak świadomy wybór.
Wybieram czas z rodziną, zdrowie, spokój i doświadczenia, których nie da się odtworzyć w innym momencie życia. Jednocześnie dbam o to, żeby firma była zabezpieczona poprzez odpowiednio skonstruowane kontrakty i wcześniejsze decyzje biznesowe, które pozwalają utrzymać stabilność finansową.
Nie jest to więc ucieczka od odpowiedzialności, tylko efekt jej świadomego zarządzania. Właśnie to mam na myśli, mówiąc o firmie dopasowanej do życia. Nie o firmie, która rośnie najszybciej i maksymalizuje każdy możliwy przychód, ale o firmie, która daje bezpieczeństwo, rozwój i przestrzeń do życia - bez niszczenia relacji, zdrowia i codzienności.
Można zbudować biznes, który wygląda świetnie z zewnątrz, a jednocześnie kosztuje tak dużo od środka, że przestaje mieć sens. Ja nie chcę takiego biznesu. Chcę biznes, który wspiera moje życie, a nie życie, które kręci się wyłącznie wokół biznesu.
Czy pracuję czasami po 18 godzin na dobę? Oczywiście. Robię to świadomie, rezygnując wtedy z innych rzeczy. Różnica polega na tym, że to nie jest już chaos ani próba „udowodnienia czegokolwiek światu", tylko decyzja wpisana w większy system, który sama zaprojektowałam.
Budując firmę, nie próbuję wygrać wszystkiego jednocześnie. Wybieram. Czasami wzrost, czasami spokój. Czasami obecność na rynku, a czasami obecność w domu - i biorę za to pełną odpowiedzialność.
Firma dopasowana do życia nie powstaje przypadkiem. Powstaje z decyzji, które często są niewygodne, nieoczywiste i czasami kompletnie niezrozumiałe dla otoczenia. Nie chodzi o to, żeby robić więcej. Chodzi o to, żeby świadomie wybierać, co naprawdę ma dla Ciebie znaczenie i mieć odwagę zaakceptować koszt tych wyborów.