Victor Frankl pisał o ludziach, którzy stracili wszystko poza własną głową - i o tym, że wybór postawy wobec tego, czego nie możemy zmienić, to ostatnia wolność, której nikt nam nie zabierze. Ja przez ostatnie dwa i pół roku szukałem tej samej wolności - tyle że w rozmowach rekrutacyjnych, w walidowaniu hipotez na kolejne projekty, w arkuszach z projekcjami finansowymi, w analizowaniu rynków i dziesiątkach pomysłów biznesowych, które rozkładałem na części i składałem z powrotem, w próbach poukładania sobie życia po tym, jak skończyła się pewna historia.
Przez niecałe 4 lata budowałem startup z obszaru mental health. Zaczynaliśmy od zera, ale z mocną wiarą w wizję i szybko zbudowanym MVP. W ciągu kolejnych 3 lat mieliśmy kilkudziesięciu klientów z kilku krajów, sześciocyfrowy MRR i byliśmy po kilku rundach finansowania. Potem sprzedałem udziały i wyszedłem z firmy. Bez wielkiego triumfu, ale też bez spektakularnej klęski. To był po prostu koniec pewnego etapu.
Dopiero potem zrozumiałem, co tamte lata mi zabrały.
Kiedy wszystko nagle ma sens
Przed startupem przez 12 lat pracowałem jako analityk biznesowy oraz project manager w projektach IT, dla firm z różnych branż. Dobrze mi szło, ale zawsze miałem poczucie, że gram cudzą partię. Realizowałem cele innych ludzi, w ramach cudzej wizji, cudzego budżetu i cudzych priorytetów. Byłem sprawny operacyjnie, ale nie byłem zaangażowany.
Kiedy zaczęliśmy budować HearMe, po raz pierwszy w życiu poczułem, że każda moja decyzja ma bezpośrednie przełożenie na to, co się dzieje z firmą. Że jak rano wstanę i dobrze zrobię swoje, to wieczorem firma jest w trochę lepszym miejscu. Że mam wpływ na to, co oferujemy, komu, za ile i w jaki sposób. To brzmi banalnie. Ale jeśli nigdy tego nie doświadczyłeś, to nie masz pojęcia, co to znaczy przychodzić do pracy z poczuciem sensu.
Do tego dochodził cel, który naprawdę czułem: wsparcie psychologiczne jako benefit pracowniczy, w czasach gdy jedna na cztery osoby w pracy mierzyła się z jakimś wyzwaniem natury psychicznej, a firmy przez lata robiły w tej kwestii dokładnie nic. Mogłem powiedzieć sobie - i wierzyłem w to szczerze - że przez naszą pracę świat jest odrobinę lepszym miejscem. Nie wszyscy founderzy mają ten komfort.
Porażki, których było sporo, przestały być czymś, co mnie zatrzymuje. Stały się informacją. Rok 2020 zamknęliśmy z 17 tysiącami przychodu, zamiast planowanego miliona. Śmiałem się z tego sam ze sobą i szedłem dalej. W 2022, po wybuchu wojny w Ukrainie, przez jeden tydzień pozyskałem czterech klientów korporacyjnych i dosłownie podwoiłem miesięczne przychody. Poczułem, że nie ma rzeczy, której bym nie dał rady. Że naprawdę mogę więcej, niż sądziłem.
Otaczanie się ludźmi, którym zależy, działa multiplikatywnie. Nie addytywnie - multiplikatywnie. Każda dobra osoba w zespole podnosi poprzeczkę dla wszystkich. To jedno z niewielu doświadczeń, które człowiek zapamiętuje ciałem, nie głową.
Zderzenie z rzeczywistością
Jesienią 2023 podpisałem dokumenty u notariusza. Wróciłem do domu, trochę się nacieszyłem, a potem zaczął się okres, którego kompletnie nie byłem gotowy przeżyć.
Myślałem, że moje doświadczenie jest wartością. Sądziłem, że prawie 4 lata budowania czegoś od zera, z pełną odpowiedzialnością za sprzedaż, biznes development, zarządzanie zespołem, relacje z inwestorami, produkt, to coś, co powinno otwierać drzwi. Okazało się, że większość drzwi jest zamkniętych na klucz, do którego ja nie pasowałem.
Rekruterzy widzieli project managera z projektów IT. Nie wiedzieli, co zrobić z kimś, kto był de facto szefem sprzedaży, szefem marketingu i częściowo szefem produktu jednocześnie, ale bez formalnego tytułu i bez marki rozpoznawalnej poza wąskim środowiskiem. Generaliści są trudni do zaklasyfikowania, a rynek lubi szufladki. Niecałe 4 lata startupowania to za mało, żeby kandydować jako „doświadczony ex-founder". Ale jednocześnie za dużo, żeby wrócić do poprzedniego życia i traktować to jak zwykłą przerwę.
Próbowałem. Analizowałem nowy projekt medyczny. Rozmawiałem o możliwościach uruchomienia projektu w obszarze rekrutacji. Dostawałem propozycje dołączenia do innych przedsięwzięć. Ale za każdym razem wchodziłem na rozmowę z pytaniem, którego nie musiałem sobie zadawać przez ostatnie 4 lata: czy to ma sens? Czy to jest moje? Czy jestem w stanie w to wierzyć na tyle, żeby się naprawdę zaangażować?
Odpowiedź prawie zawsze brzmiała: nie.
Przy czym nie był to luksusowy wybór. Kredyt hipoteczny wzrósł o kilkadziesiąt procent, leasingi szły co miesiąc, oszczędności malały. Potrzebowałem pieniędzy. Rynek się w tym czasie zmienił. AI wywróciło część branż do góry nogami, konkurencja wśród kandydatów wzrosła, oczekiwania finansowe, które wydawały mi się rozsądne, nagle były oderwane od tego, co faktycznie oferowano. Trafiłem do zawodowego limbo.
I właśnie wtedy zaczęły się prawdziwe schody.
Kiedy przestajesz sobie ufać
Pierwsze tygodnie po wyjściu są dobre. Jest ulga, jest ciekawość, co dalej. Potem zaczynają się miesiące. I zaczyna się erozja.
Wiele osób, z którymi rozmawiałem o potencjalnej współpracy, kwestionowało moje osiągnięcia. Albo nie wiedziało, jak je ocenić. Kilka osób wprost powiedziało, że jestem „zbyt trudny" - bo mówię o tym, czego potrzebuję, bo nie ukrywam, że przeszłość mnie ukształtowała, bo nie wpisywałem się w schemat kandydata, który przychodzi, kiwa głową i bierze co dają. Inni obawiali się, że będę próbował rządzić, albo że zrezygnuję po kwartale, jak tylko dostanę jakąś propozycję albo postanowię budować jakiś nowy biznes.
W którymś momencie zacząłem się zastanawiać, czy mają rację.
To jest osobliwe uczucie, gdy przez lata buduje się coś od zera, osiąga wyniki, których inni nie osiągnęli, uczy się rzeczy z każdej możliwej dziedziny - a potem siada do rozmowy i słyszy, że to nie jest wystarczające. Albo że nie wiadomo, jak to ocenić. Albo że „firma szuka kogoś bardziej skupionego na jednym obszarze". Człowiek zaczyna rewidować własny obraz siebie.
Musiałem podjąć pracę z wynagrodzeniem, które miałem 5 lat wcześniej. To brzmi jak zwykła zawodowa trudność, bo przecież praca to praca. Ale dla kogoś, kto przez kilka lat miał realny wpływ na to, jak działa firma, gdzie idzie, co osiąga - ten krok jest wymagający mentalnie w sposób, który trudno opisać nie przeżywszy tego. Nie chodzi o pieniądze same w sobie. Chodzi o to, że cofasz się w tylu miejscach jednocześnie.
Jednocześnie jestem typem człowieka, który rzadko prosi o pomoc. Wychodzę z założenia, że moje problemy są moje i muszę je rozwiązać sam. W tamtym okresie to podejście robiło więcej szkody niż pożytku.
Puzzel, którego nie da się dopasować do każdego obrazka
Minęło ponad dwa i pół roku. Nadal nie znalazłem układanki, do której pasuję.
Nie mówię tego jako skargę. Mówię to, bo wydaje mi się, że jest w tym coś ważnego do powiedzenia — czegoś, co rzadko się słyszy w rozmowach o founderach i życiu po startupie. Większość narracji kończy się albo wielkim exitem, albo spektakularną porażką i puentą w stylu „nauczyłem się i wstałem silniejszy". Prawdziwe życie wygląda często mniej dramatycznie i mniej czytelnie.
Moja przygoda ze startupem zrobiła mi coś trwałego z głową. Teraz wiem, że potrzebuję wpływu na kierunek. Że potrzebuję poczucia sensu w tym, co robię. Że partnerskie, transparentne relacje to dla mnie warunek konieczny, a nie miły bonus. I że ciężko mi się angażować w rzeczy, w które nie wierzę.
Te rzeczy brzmią rozsądnie. Problem polega na tym, że jak idziesz z nimi na rozmowy o pracę, część rekruterów i przedsiębiorców widzi czerwoną flagę. Bo brzmi to jak ktoś, kto będzie trudny. Kto ma za duże ego. Kto za chwilę odejdzie. Mam wrażenie, że moje doświadczenie nauczyło mnie dokładnie wiedzieć, czego chcę - i jednocześnie utrudniło znalezienie tego na rynku.
Stałem się puzzlem o nieoczywistym kształcie. Wiem, że gdzieś jest obrazek, do którego pasuję i że znajdę środowisko, gdzie moje doświadczenie, sposób myślenia i podejście do pracy będą wartością, a nie kłopotem. Ale ta droga jest dłuższa i bardziej wyboista, niż się spodziewałem.
Czy było warto
Kiedy patrzę na te prawie 4 lata, widzę coś, czego wcześniej nie miałem: rozumienie, że potrafię dużo więcej, niż myślałem. Wiem też, że jak jest ciężko, to nie rezygnuję od razu. Uświadomiłem sobie, że otaczanie się dobrymi ludźmi i budowanie relacji opartych na zaufaniu działa — w sprzedaży, w zarządzaniu, wszędzie. A także to, że misja i wartości firmy to nie są elementy do wklejenia na stronę, tylko dźwignia lub kula u nogi, zależnie od tego, jak się je traktuje.
I widzę rzeczy, które zrobiłem źle. Inflacja kosztów stałych w życiu prywatnym, gdy było dobrze. To klasyczny błąd. Myślenie, że doświadczenie samo się sprzeda po wyjściu to - w moim przypadku - naiwność. Zbyt długie siedzenie z problemami sam na sam, zamiast prosić o pomoc, to strata czasu i zdrowia.
Czy zrobiłbym to jeszcze raz? Tak, ale z innymi decyzjami po drodze.
Czy żałuję? Nie. Możliwość „poszukiwania siebie" - rozumiana nie jako życiowy luksus, ale jako realna konfrontacja z tym, co jest dla ciebie ważne - to coś, na co większość ludzi nie ma przestrzeni. Ja ją miałem. Zapłaciłem za to sporą cenę. I nadal uważam, że to była uczciwa transakcja.
Startup zabrał mi pewność siebie. I bardzo dobrze. Ta, którą miałem wcześniej, była z gatunku tych pożyczonych - z tytułów, ze stanowisk, z cudzych oczekiwań. To, co buduję teraz, jest moje. Powolniejsze, trudniejsze do zdobycia. Ale moje.