Mechanizm nazywa się earnout i jest w tego typu transakcjach standardem.
To znaczy, że po sprzedaży firmy (w moim przypadku za 400.000.000 zł) jakąś część dostajesz w gotówce, ale naprawdę sporą pod warunkiem, że zostaniesz w środku i pomożesz z osiągnięciem celów rozwojowych.
Jeśli Ci się uda - dostajesz całość pieniędzy (a nawet więcej). A jeśli nie - to dostajesz mniej, a nawet nic.
Ale…
Stajesz się pracownikiem. I nie mówię tego w przenośni, tylko dosłownie.
Firma - Twoje dziecko, które budowałeś latami - przestaje być Twoja, a Ty przechodzisz na etat.
Tracisz kontrolę nad decyzjami. Formalnie siedziałem w radzie nadzorczej. Ale decyzje podejmował już ktoś inny.
Mieliśmy w umowie zapisane, że nie mogą nam odebrać kontroli w zakresie, który uniemożliwiałby osiągnięcie earnoutu.
Tylko że w praktyce to jest bardzo śliski temat, bo tego nie da się podzielić zerojedynkowo.
Dla jasności - ja nic nie zarzucam firmie która nas kupiła. Wręcz przeciwnie, BARDZO współpracowali przez te trzy lata i nie mogłem marzyć o lepszym partnerze.
Ale jest tak wiele zmiennych, że standardem jest, że części pieniędzy ze sprzedaży swojej firmy NIGDY nie zobaczysz.
Czasem przepada nawet 30% ceny.