Być może Hook źle nam się kojarzy? Z piratem z bajki, z Nibylandią lub z chłopcem, który nie chciał dorosnąć. A my tu przecież poważne B2B, decision mejkerzy, mądre zwroty.
Więc piszemy pierwsze zdanie tak, żeby nikt nas nie posądził o próbę zainteresowania kogokolwiek: "Z przyjemnością informuję, że miałem okazję uczestniczyć."
I to jest dopiero infantylne, bo udaje, że ktoś to czyta.
Hook to nie jest sztuczka z Instagrama. Hook to tytuł.
Ten sam mechanizm, którego używa każda gazeta, każdy wydawca i każda książka, którą kupiłeś przez okładkę i pierwszy akapit. Nikt nie ma pretensji do redaktora, że wymyślił tytuł, bo to jego robota.
Problem w tym, że mylimy hook z clickbaitem.
Clickbait obiecuje coś, czego w środku nie ma. To ściema.
Hook obiecuje dokładnie to, co dostaniesz. Tylko mówi to tak, żeby ci się chciało rozwinąć "więcej".
Jeden jest oszustwem. Drugi jest wyciągnięciem ręki do kogoś, kto ma jeszcze 200 innych postów w feedzie.
Kapitana Haka przez całe życie goniło tykanie zegara w brzuchu krokodyla.
Twój post ma tak samo. Trzy sekundy, zanim kciuk pojedzie dalej.
Zadbaj o hak. A potem dowieź to, co obiecał.