Zasięgi na Linkedin spadły - to fakt, jeśli porównamy możliwości wyświetleń postów sprzed kilku lat. Spadki zawsze fajnie się klikają, a dołujące czerwone wykresy przypominają armagedon. Ale uspokajam: świat się nadal kręci.
Jeszcze kilka lat temu, żeby zrobić tam duże liczby, wystarczyło znać parę sztuczek. Urwij zdanie w połowie, dorzuć ankietę, poproś o komentarz "W punkt", wrzuć karuzelę o niczym. Zasięg był. Tylko nikt nie pamiętał, o czym.
Dziś algorytm mniej patrzy na to, ile osób kliknęło, a bardziej na to, komu ten tekst faktycznie się przyda. Liczby są mniejsze, ale pod postem zostają ludzie, z którymi chcę rozmawiać.
Zasięgi nie tyle spadły, co się unormowały i skonkretyzowały.
Oczywiście, duży zasięg jest przyjemny. Mniejsze zasięgi przynoszą nam mniej przypadkowych odbiorców. Na razie odbieram to spokojnie. (Choć wiem, że niektórzy klienci lubią zawsze rosnące wykresy).
Powtarzam to jak mantrę: Linkedin to nie gra o viral, tylko o zaufanie.
A zaufania nie zbudujesz na 50 tysiącach przypadkowych wyświetleń. Zbudujesz je na trzystu osobach, które wiedzą, po co Cię czytają i które kiedyś odezwą się z konkretem.
Więc jeśli zastanawiasz się, czy przy niższych liczbach jest sens publikować dalej: jest. Tylko przestań się mierzyć z wyświetleniami.