Dlaczego zegarek potrafi ułatwić podpisanie umowy na miliony, albo uzyskać 300 tys. zł odprawy? O wielkich pieniądzach, estetyce mistrzów i twórcach wydających na świat 16 zegarków rocznie, opowiada Dariusz Chlastawa, ekspert rynku, wieloletni prezes Klubu Miłośników Zegarów i Zegarków oraz autor głośnej książki "Watcher of Watches".
Wiktor Cyrny: Przedsiębiorcy nie raz dzielili się ze mną historiami, w których zegarki okazały się dobrym pomostem do nawiązania kontaktu z kluczowym dla nich partnerem/partnerką w biznesie. Czy w Pana życiu też zdarzały się takie sytuacje?
Dariusz Chlastawa: Tak, zegarek to często klucz do relacji, coś jak odpowiedni kod do zamka otwierającego wiele drzwi. Wielokrotnie to obserwowałem. Zegarek bardzo często staje się tzw. conversation piece (przedmiotem, który ułatwia zaczęcie rozmowy i przełamuje lody – przyp. red.). Wystarczy, że posiadacz ma na nadgarstku zegarek tej samej marki, co my i to od razu ludzi zbliża. Ale nawet jeśli nie są to tożsame marki, spytanie dumnego posiadacza ładnego zegarka (nie musi przecież być to czasomierz najdroższych marek, wystarczy, że nas zainteresuje estetyką) daje od razu punkt zaczepienia dla drugiej osoby. Dwóch przypadkowych ludzi zaczyna rozmawiać o mechanizmie, historii marki, cenach sprzętu, a chwilę później rozmowa schodzi na zupełnie inne tematy. Pojawia się sympatia, wspólne hobby i nagle okazuje się, że o interesach rozmawia się dużo łatwiej.
Przejdźmy do drugiej części pytania. Jestem ciekawy historii z przykładem takiej sytuacji z pana wspomnień.
Było wiele takich rozmów, ale jedna szczególnie zapadła mi w pamięć. Kiedy pracowałem w branży kompozytowej, mój rozmówca z dużej firmy miał na ręku bardzo ciekawy model Rolexa Submarinera. To był trochę starszy model, można powiedzieć neo-vintage. Z racji tego, że zegarki to mój konik, mogłem mu zdradzić wiele ciekawostek. Do biznesu przeszliśmy płynnie, a negocjacje poszły bardzo łatwo. W zasadzie po takim wstępie rozmowa o samym kontrakcie była już tylko formalnością.
Pytam, bo podobną historię opowiedział mi niedawno jeden z przedsiębiorców. Mogę zdradzić, że rozmowa o zegarkach sprawiła, że otrzymał podpis pod wnioskiem od wiceprezeski ogromnej międzynarodowej korporacji, której wcześniej nie znał osobiście. Opłacało się zainwestować w zegarek bo ten podpis zagwarantował mu 300 tys. zł odprawy. Wtedy pomyślałem, że chcę z panem porozmawiać o tym fenomenie. Szukałem eksperta i natrafiłem na pana książkę. Skąd pomysł, by ją napisać?
Jestem pod tym względem dość ciekawym przypadkiem. Książki tematyczne piszą zwykle ludzie, którzy zawodowo siedzą w danej branży. Tymczasem całe moje życie zawodowe to budowanie firm i współpraca z funduszami private equity w branżach bardzo odległych od zegarmistrzostwa. Stworzyłem na przykład rentownego operatora komórkowego MVNO, co w Polsce nie udało się wielu gigantom. Zdobyliśmy prawie pół miliona klientów, a ostatecznie firmę kupił Polkomtel.
Zegarkami interesuję się od lat i właśnie z tej pasji, a także z 14 lat działalności w Klubie Miłośników Zegarów i Zegarków, w tym wieloletniego pełnienia funkcji jego prezesa, narodziła się książka. Nie chciałem pisać encyklopedii i opisywać marki po marce, bo takich książek właściwie nikt już dziś nie czyta od deski do deski. Chciałem, żeby moją książkę czytało się jak powieść. Chciałem, żeby czytało się ją jak powieść. Sądząc po ocenach, choćby 10/10 w serwisie Lubimy Czytać, i po tym, jak szybko zszedł pierwszy nakład, to się udało. To mój klasyczny „pivot”, przejście z twardego biznesu do roli autora i wydawcy. Najbardziej cieszy mnie jednak, że zauważyły ją światowe marki i zgłosiły propozycje, by wydać ją po angielsku, a nawet zaprezentować swoje modele na jej łamach. Wygląda na to, że będę pierwszym polskim autorem, którego książka o zegarkach zostanie przetłumaczona na język angielski W książce są wywiady z największymi gwiazdami globalnego zegarmistrzostwa. Ale nie brakuje też historii o tym, jak zegarki wspomagają budowanie relacji czy wręcz potrafią zmienić życie.
Czyli czasem wystarczy spojrzeć na czyjś nadgarstek, żeby znaleźć wspólny język. A czy pana fascynacja też zaczęła się od konkretnego modelu?
Oczywiście. Ponad 20 lat temu w jednej z firm, w których pracowałem, członek rady nadzorczej nosił Jaeger-LeCoultre z wiecznym kalendarzem. Zafascynowała mnie jego użyteczność i konstrukcja. Wieczny kalendarz to mechanizm wyposażony w swoistą mechaniczną pamięć, zaszytą w układzie kół, krzywek i dźwigni, dzięki której zegarek „wie”, czy miesiąc ma 30 czy 31 dni, a nawet czy rok jest przestępny i luty ma 28 czy 29 dni. To była moja iskra, wielki katalizator.
Ale jeśli cofnąć się jeszcze dalej, moje początki to dzieciństwo w PRL, za żelazną kurtyną. Zegarek był wtedy wręcz obiektem kultu. Wystarczy przypomnieć słynne, retuszowane zdjęcie radzieckiego żołnierza zawieszającego flagę ZSRR na budynku niemieckiego parlamentu w Berlinie w 1945 roku - na rękach miał kilka zegarków pochodzących z szabru, później zdjęcie stosownie wyretuszowano.
Kiedy jechałem z rodziną samochodem przez Związek Radziecki do Bułgarii, Ojciec kupił nam dwa zegarki i dostałem radziecki zegarek elektroniczny z wyświetlaczem. Byłem z niego tak dumny, że w szkole, podczas lekcji, zawsze zgłaszałem się lewą ręką, żeby każdy mógł go podziwiać (śmiech).
Często mówi się, że zegarek to dla przedsiębiorcy jedyna neutralna męska biżuteria. Z drugiej strony granica między estetyką a snobizmem wydaje się jednak bardzo cienka. Mieliśmy przecież aferę „zegarkową” w polityce.
Chciałbym wierzyć, że to tylko biżuteria i wyraz estetyki. Niestety, bywa, że zegarek służy nachalnej autoprezentacji w stylu: „Patrzcie, na co mnie stać”. U rapera to część artystycznego wizerunku. Ale szanowany dyrektor banku, który przyszedłby na spotkanie z takim w całości złotym Rolexie wysadzanym kolorowymi kamieniami, otarłby się o śmieszność i obciach. To jak kupić Rolls-Royce'a i pomalować go na złoto, żeby krzyczał „jestem bogaty!”.
Zdecydowanie wolę, gdy przedsiębiorcy pokazują przez zegarek zamiłowanie do piękna, detalu i rzemieślniczego kunsztu. Wysublimowany czasomierz ze świetnymi komplikacjami nie bije po oczach, ale ktoś, kto zna się na zegarkach, od razu zauważy, że jego właściciel ma gust i wiedzę.
Żyjemy w dobie cyfryzacji i obecnie najpopularniejszymi zegarkami są smartwatche. Widziałem wiele artykułów wieszczących koniec klasycznego zegarmistrzostwa. Coś w tym jest, bo małe zakłady zegarmistrzów rzeczywiście upadają. Jak reaguje na to branża?
Za mojego życia śmierć klasycznych zegarków wieszczono już trzy razy. Najpierw przy rewolucji kwarcowej, którą zapoczątkowała marka Seiko w 1969 roku. Nastąpił wstrząs na rynku i wydawało się, że zegarki mechaniczne odejdą do lamusa. Ale tak się nie stało. Potem, w latach dwutysięcznych, gdy Swatch Group zapowiedziała stopniowe ograniczanie dostaw mechanizmów ETA dla firm spoza grupy, znów pojawiły się głosy o wielkim kryzysie. W praktyce jednak otworzyło to przestrzeń dla innych producentów mechanizmów.Trzeci kryzys notujemy do momentu, kiedy na rynku zadebiutowały urządzenia wearable m.in. smartwarche czy popularny Apple Watch. Pisano wtedy hiobowo, że klasyczne zegarki będą nosić już tylko „dziadersi”.
I znów nic z tego się nie sprawdziło. Zegarek mechaniczny już dawno nie służy wyłącznie do odmierzania czasu. To dzieło sztuki użytkowej. Zauważyłem zresztą ciekawy trend: smartwatche przyzwyczajają młodych ludzi do noszenia czegoś na nadgarstku, a z czasem wielu z nich przerzuca się na klasyczne zegarki. Znam też „hybrydowców”, którzy na jednej ręce noszą precyzyjny zegarek mechaniczny z pasji, albo względów estetycznych, a na drugiej smartwatcha dla służbowych powiadomień.
Skoro tradycyjne marki przetrwały, co jest dziś prawdziwym rarytasem? Media często prezentują „piramidę prestiżu” i podium najdroższych marek, wybieranych przez klientów z listy najbogatszych ludzi na świecie. Czy takie zestawienia są w ogóle miarodajne?
Wystrzegam się piramid prestiżu jak ognia. To najczęściej bardzo subiektywne zestawienia, czasem będące po prostu elementem marketingu i sprzedaży. Przez lata za symbol najwyższego zegarmistrzowskiego prestiżu uchodziła tzw. „Święta Trójca”: Patek Philippe, Vacheron Constantin i Audemars Piguet. Dziś jednak świat kolekcjonerski jest znacznie bardziej złożony i wyraźnie rośnie zainteresowanie niezależnym, wysokim zegarmistrzostwem. Rolex produkuje około miliona zegarków rocznie. To świetne zegarki i niezwykle silna marka, ale trudno mówić tu o produkcji dla bardzo wąskiej grupy odbiorców.
Najbardziej wymagający kolekcjonerzy coraz częściej zwracają się więc ku twórcom takim jak Roger W. Smith. Na Wyspie Man powstaje zaledwie kilkanaście jego zegarków rocznie, wykonywanych w ogromnej mierze tradycyjnymi metodami i w niezwykle ograniczonej skali, jak sam stwierdził podczas naszej rozmowy do tej pory powstało ich tylko około 184. Albo bracia Grönefeld, których zegarki kosztują w przypadku najbardziej skomplikowanych modeli jak ostatnio prezentowany 1941 Quadrivium prawie dwa miliony złotych i na które trzeba czekać latami. Przy niektórych premierach zainteresowanie było tak duże, że musieli wstrzymywać przyjmowanie kolejnych zamówień.
I właśnie tego szuka dziś część najbardziej zaawansowanych kolekcjonerów: nie kolejnego rozpoznawalnego logo, ale czegoś naprawdę rzadkiego, czego nie spotka się na co drugim nadgarstku. Mówiąc pół żartem: jeśli ktoś osiągnął już poziom, na którym stać go właściwie na każdy zegarek, niekoniecznie chce mieć ten sam model, który ma kolega siedzący obok niego na jachcie.
A polskie marki? Mają szansę zaistnieć na tym rynku? Obok luksusu coraz więcej znaczą też niszowe mikrobrandy.
Wśród mikrobrandów (niezależnych, małych marek – przyp. red.) można kupić fenomenalne zegarki w uczciwej cenie, bez dopłacania premii za snobistyczne logo. W Polsce kilka świetnych firm rozwija się właśnie z tego poziomu, m.in. powracające Błonie czy Polpora z Zielonej Góry. Warto je chwalić, jeden z modeli Błonia nosi prezydent, co mnie akurat ujęło, bo promocja dla polskich producentów zegarków, to coś co powinniśmy praktykować.
Musimy jednak pamiętać, że Polska dziś jeszcze niestety nie ma kompetencji do seryjnej produkcji własnych mechanizmów, lecz mam nadzieję że to się zmieni i to być może już w niedalekiej przyszłości, gdyż wiem że trwają prace również i w tym zakresie. Na razie korzystamy ze szwajcarskich albo azjatyckich. Najbardziej boli mnie jednak to, że nie mamy przepisów dotyczących oznaczenia Made in Poland. W Szwajcarii oznaczenie Swiss Made jest dosyć precyzyjnie regulowane: określone etapy powstawania zegarka muszą odbywać się w Szwajcarii, a co najmniej 60 proc. kosztów produkcji musi być poniesione właśnie tam, ale i tak nie wyeliminowało to całkowicie korzystania w niektórych przypadkach z zagranicznych poddostawców, w tym azjatyckich. U nas cwaniak może zamówić tani chiński zegarek z AliExpress, na przykład z napisem „Warszawa”, przepakować go w ładne pudełko i wciskać klientom jako „made in Poland”. To robienie klientów-patriotów w balona. Mocno za to kibicuję firmom, które naprawdę przekuwają polską myśl techniczną i design w realny biznes.
Zresztą pasja i kryzys potrafią w tej branży zdziałać cuda. Znam przedsiębiorcę ze świata finansów, który po zwolnieniu z banku wziął sobie do serca radę szefa: „reinvent yourself”. I założył markę zegarkową. Reaktywował starą nazwę, a w końcu zdobył nagrodę GPHG (Grand Prix d'Horlogerie de Genève – przyp. red.), czyli zegarkowego Oscara.
Na koniec muszę zapytać o książkę. Debiut wydany własnym sumptem, premiera o 10:10, pierwszy nakład schodzi na pniu. Wysoka opinia czytelników i drugi nakład w przygotowaniu, czy zdradzi Pan innym przedsiębiorcom, jak przekuć pasję lub know-how w sukces wydawniczy?
Czasem trzeba się pobawić w marketing. Premierę wyznaczyłem na 21 czerwca, najdłuższy dzień roku, na godzinę 10:10 – tę godzinę ze względów wizualnych pokazują zegarki w katalogach. Mówi się, że to najładniejsze ustawienie wskazówek zegara, więc także w zegarmistrzowskich salonikach zegary często je pokazują. Wersja limitowana, 360 egzemplarzy (bo tyle stopni ma okrągła tarcza zegarka), wyprzedała się w niecałe 36 godzin. Pierwszy regularny nakład, 1500 egzemplarzy, właśnie się kończy i już zamówiłem kolejny.
A moja rada dla przedsiębiorców, którzy chcą wydać własną książkę dotyczy przede wszystkim merytoryki. Zróbcie bardzo głęboki research. Nie ma sensu pisać o czymś, co już zostało napisane. Długo przygotowywałem się do napisania książki i sprawdzałem pozycje także na rynku literatury anglojęzycznej. Chciałem przedstawić czytelnikom naprawdę unikalną treść. Druga rzecz to wartość merytoryczna. W książce znalazło się 15 wywiadów z największymi światowymi sławami tego rzemiosła. To m.in. wspomniani już bracia Grönefeld (Bart i Tim z Holandii) czy Roger Smith, wybitny twórca z wyspy Man, który tworzy kilkanaście sztuk zegarków rocznie. Obok nich m.in. Jean-François Mojon, założyciel firmy Chronode, genialny twórca skomplikowanych mechanizmów dla takich marek jak MB&F, Cyrus, Czapek & Cie czy Hermès; Laurent Ferrier, przez kilkadziesiąt lat pracował dla legendarnej marki Patek Philippe (był tam dyrektorem technicznym). Odszedł, by założyć markę pod własnym nazwiskiem (Laurent Ferrier), produkującą klasyczne, niezwykle wyrafinowane zegarki w bardzo krótkich seriach. Obok tych ekspertów jest oczywiście wielu innych topowych twórców zegarków.
Jak udało się panu do nich dotrzeć?
Tak jak wspomniałem na początku wywiadu - zegarki łączą ludzi. Pasjonaci chcą o nich rozmawiać, bo rozumieją się nawzajem. Zawsze śmieję się, że moim największym przekleństwem jest to, że nie piszę o sporcie. Gdybym miał w książce wywiady na przykład z Cristiano Ronaldo i zawodnikami tej klasy, kolejka dziennikarzy byłaby rozpisana na kilka tygodni do przodu, a książka nie potrzebowałaby promocji. Tymczasem ja zająłem się twórcami zegarków, ale muszę podkreślić jedno: zgromadziłem w książce absolutne legendy w swojej branży.
Czy ma pan jeszcze jakieś podpowiedzi dla osób, które planują podobą publikację, ale na inny temat?
Porzućcie wiarę we własną nieomylność, czyli tzw. dotyk Midasa. To, że zbudowałeś firmę wartą miliony, nie znaczy, że pierwsza lepsza książka, którą napiszesz, będzie świetna. Rafał Zaorski był prezentowany jako guru inwestowania, potem zaczął mówić o geopolityce i innych kwestiach, pewnie zaraz zacząłby udzielać porad małżeńskich. Nie można być ekspertem od wszystkiego. Trzeba mieć w sobie trochę pokory, czasem oddać głos lepszym od siebie. Kiedy znajomy czytał wstęp do mojej książki, wylał mi kubeł zimnej wody na głowę: „Darek, piszesz memuary. To interesuje ciebie, twoją żonę, a córkę to już chyba niekoniecznie. Zmień to”. Posłuchałem. Dlatego warto dawać do recenzji fragmenty „dzieła” jeszcze przed skończeniem prac.
Na koniec musze zapytać, jak się pan czuje po wydaniu książki. To było w końcu pana marzenie.
Tak. Bardzo się cieszę. Choć za mną tak naprawdę sprzedaż niewielkiego, jak na skalę rynku wydawniczego, nakładu - reakcja odbiorców przeszła moje oczekiwania. Dziś najwięksi mistrzowie szwajcarskich manufaktur, z którymi wywiady znalazły się w książce, sami się zgłosili, bo chcą jej wydania po angielsku. Pracuję nad tłumaczeniem, mam już dystrybutora w Wielkiej Brytanii i kilkanaście marek, które chcą kupować książkę dla swoich klientów. Kolejna szwajcarska firma zgłosiła się z prośbą, żeby jej model trafił na okładkę mojej następnej książki. Warto było słuchać rad, mieć w sobie również sporo pokory, chęci wysłuchania innych i zrobić coś na najwyższym poziomie. No jak jak zwykle mieszaniny pasji, szczęścia i żmudnej czasami pracy u podstaw.
Zapraszam wszystkich na wowbook.pl