A przecież można być bardzo autentycznym i jednocześnie kompletnie niewartym słuchania. Można być autentycznie nudnym. Autentycznie przewidywalnym i… autentycznie nie mieć nic do powiedzenia.
Dlatego zamiast pytać, czy coś jest autentyczne, coraz częściej pytam, CZY TEJ OSOBIE UFAM. Czy wierzę, że naprawdę tak myśli? Czy jej doświadczenie coś wnosi? Czy kiedy za miesiąc będę miał problem z jej dziedziny, przypomnę sobie właśnie o niej?
Jest jeszcze AI, które może ten problem pogłębić. Możemy teraz produkować jeszcze więcej poprawnych i przewidywalnych treści. AI slop istnieje i będzie go więcej.
Ale zbyt łatwo stawiamy znak równości „AI = fałsz”. Samo korzystanie z AI nie odbiera treści autentyczności.
Dla mnie AI jest świetnym sparingpartnerem. Może uporządkować myśl, znaleźć kontrargument, podważyć to, co napisałem.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy przestajesz mieć własną myśl w tym, co piszesz. Post może powstać z AI i nadal mieć za sobą człowieka, któremu warto zaufać. Albo powstać bez AI i nie mieć za sobą nikogo.
I może właśnie to słowo powinniśmy dziś odmieniać częściej niż „autentyczność”.
Zaufanie.
Bo autentyczność można odegrać, a zaufanie trzeba zbudować.