Pierwsze spotkanie z tym klientem odbyło się na parkingu. Nie w kancelarii. Na parkingu za budynkiem. Zadzwonił z samochodu: „Ja już jestem, ale wolałbym, żeby pan wyszedł do mnie". Wyszedłem, chociaż bardziej przywykłem do pytań klientów, do których ja jeżdżę, czy mój SUV nie jest oblepiony napisami „restrukturyzacja" albo „upadłość". Idę więc do klienta i patrzę przed siebie. Czarna Skoda, warszawskie tablice, twarz czterdziestolatka, który od pół roku nie spał porządnie. Pytam: „Wszystko w porządku?". Odpowiada: „Panie, ja rozumiem, że to nietypowe, ale w moim mieście mam pozycję". W swoim mieście. Czyli w tym, które właśnie opuścił trzy godziny temu i zrobił 300 kilometrów, żeby nikt nie zobaczył jego auta pod szyldem z napisem „restrukturyzacje i upadłości". Bo w mieście miał pozycję.
To nie jest historia o jednym prezesie. To historia polskiego biznesu. To wręcz historia od tej strony, co do której każdy udaje, że tej strony nie ma. Bo każdy udaje, grając swoją rolę w teatrze sukcesu.
W Polsce kryzys firmy to temat ekspercki. Kryzys jej właściciela w przestrzeniach biznesowych, networkingowych i medialnych nie istnieje. Mamy paragrafy dla spółek i zero paragrafów dla ludzi, którzy je prowadzą. Mamy restrukturyzacje, sanacje, układy, postępowania o zatwierdzenie układu. Nie mamy jednego zdania, które by opisywało sytuację, w której prezes płacze w łazience w czwartek o 23:30, bo nie wie, z czego zapłaci jutrzejszy VAT. A takich prezesów jest więcej niż wszystkich przepisów prawa restrukturyzacyjnego razem wziętych.
Gabinet doradcy to najcichszy konfesjonał w Polsce
Robię to od kilkunastu lat. Słucham rzeczy, których nie usłyszy ani ksiądz, ani żona, ani księgowa. Ksiądz słyszy o grzechach, żona o zmęczeniu, księgowa o liczbach. Ja słyszę o wstydzie - tym prawdziwym, pierwotnym, który nie ma nic wspólnego z firmą, a wszystko ze zdjęciem w ramce na biurku.
„Żonie nie powiedziałem". To najczęstsze zdanie, jakie pada w moim gabinecie. Zaraz po nim: „Wspólnik myśli, że wszystko gra". I zaraz po tym: „Jeśli w branży się dowiedzą, to po mnie". Tak - kolejno, w tej samej sekwencji, u 35-letniego właściciela agencji marketingowej, 58-letniego szefa firmy produkcyjnej i 29-letniego założyciela startupu, który pół roku temu robił sobie zdjęcia na Web Summit. Klasa, branża, region - bez znaczenia. Polski przedsiębiorca w kryzysie mówi jednym głosem i ten głos jest głosem człowieka, który nie powiedział bliskim, że tonie.
Dlaczego? Bo w jego głowie (i to jest kluczowe) firma to on. „Firma to moja wizytówka", „firma to moje dziecko", „firma to ja". Jak więc firma może upaść, a on nie? Prosta logika: nie może. W związku z tym firma nie upada. Firma „ma przejściowe problemy", „spiętrzenie zobowiązań", „chwilowe trudności płynnościowe". Przez miesiąc, pół roku, rok, półtora roku - tak możemy sobie to wyliczać. Potem komornik wchodzi i wszystko jest już proste, tylko za późno.
A tymczasem w Empiku, pod kasą, ten sam prezes kupił właśnie „Can't Hurt Me" Davida Gogginsa, „Extreme Ownership" Jocko Willinka i audiobook Tima Ferrissa o czterogodzinnym tygodniu pracy. Owned it. Extreme. Hurt. Wszystko po angielsku, bo polska motywacja to Wokulski, a Wokulski skończył źle.
Prus i Reymont wciąż rządzą polską wyobraźnią
Zastanówmy się przez moment: kto jest bohaterem polskiej literatury, który próbował coś zbudować i mu się nie udało? Wokulski. I jak to się skończyło? Wyszedł na mgłę w Zasławku, a Prus nam go delikatnie wyprowadził z kadru, żebyśmy się nie musieli męczyć opisem konsekwencji. Albo weźmy „Ziemię obiecaną". Reymont dał nam trzech wspólników - Polaka, Niemca i Żyda - budujących fabrykę w Łodzi. Wszystkich pokazał jako cyników, hazardzistów i ludzi gotowych zdradzić się nawzajem dla pieniędzy. Sto lat później, gdy w polskim filmie czy serialu pojawia się „biznesmen", to zazwyczaj dalej ktoś pokroju Borowieckiego - człowiek, który dla kariery poświęci wszystko, łącznie z ludźmi, którzy mu zaufali.
To jest nasze rodzime imaginarium biznesu. Człowiek, który zdobywa pieniądze, jest moralnie podejrzany. Człowiek, który je traci, jest moralnie zrujnowany. Nie ma trzeciej opcji. Nie ma polskiego Steve'a Jobsa, którego wyrzucili z jego własnej firmy, i który potem wrócił i zrobił iPhone'a. Nie ma polskiego Forda, który zbankrutował dwa razy przed Modelem T. Nie ma polskiego Walta Disneya, który też zbankrutował, zanim zrobił Myszkę Miki. Mamy Wokulskiego, który zniknął bez śladu, żeby czytelnik nie musiał oglądać, co się dzieje z polskim przedsiębiorcą po porażce.
Do tego dokładamy trzy warstwy geologiczne wstydu: katolicką kulturę winy („każda porażka to kara"), PRL-owską pogardę dla „prywaciarza" („dorobił się - znaczy ukradł") i lata 90. z Bagsikiem, Art-B i „aferą drugą, trzecią, piątą". Dziewięćdziesiąt procent polskich przedsiębiorców to pierwsze pokolenie w rodzinie. Nikt im w domu nie opowiadał, jak dziadek poszedł do banku po kredyt, nie dostał, znalazł innego inwestora, potem firma padła, potem zrobił nową, potem mu się udało. Opowiadano im, jak dziadek pracował w gospodarstwie, potem w fabryce, potem szedł na rentę. Ta emerytura była zawsze, a firma była nigdy.
I teraz ten człowiek, ten pierwszy w rodzinie, który postanowił zrobić coś własnego, ma powiedzieć rodzinie: „Słuchajcie, nie wyszło". Prędzej pojedzie 300 kilometrów do doradcy restrukturyzacyjnego takiego jak ja, niż powie to bratu.
Tymczasem spółki Donalda Trumpa sześć razy w ciągu niecałych dwudziestu lat przechodziły Chapter 11 - czyli tamtejszy odpowiednik naszej restrukturyzacji. Pan Trump sam nigdy nie ogłosił upadłości osobistej, za to publicznie oznajmił Newsweekowi w 2011 roku: „I do play with the bankruptcy laws - they're very good for me". Czyli mniej więcej: „gram sobie prawem upadłościowym — bardzo mi się to opłaca". I został prezydentem USA. Dwa razy. Elon Musk w grudniu 2008 roku pożyczał od znajomych pieniądze na czynsz, a Tesla miała skończyć gotówkę w Wigilię. Dekadę później, podczas „piekła produkcyjnego" Modelu 3, spał na podłodze fabryki w Fremont, bo Tesla znowu była kilka tygodni od bankructwa. Dziś wszyscy znamy ciąg dalszy. W Polsce obaj byliby „tymi, którzy rozwalili firmę i żyli z żony". Do końca życia.
Liczby, które milczą głośniej niż ludzie
Popatrzmy na twarde dane, bo bez nich ten felieton byłby terapią grupową, a nie analizą. W 2025 roku w amerykańskich sądach upadłościowych zarejestrowano 565 759 spraw. Ponad pół miliona. W Polsce w tym samym czasie - 5132 restrukturyzacje, 416 upadłości przedsiębiorstw i 21 366 upadłości konsumenckich. Czyli niecałe 27 tysięcy.
Wiem, co teraz powiecie: „USA ma dziewięć razy więcej ludzi, trzydzieści razy większe PKB - przelicz na głowę i zobacz". Przeliczyłem. Wychodzi, że Amerykanin statystycznie częściej „idzie do sądu upadłościowego" niż Polak, ale to porównanie jest karkołomne, bo amerykański Bankruptcy Code nie dzieli tego, co my dzielimy: pod jednym dachem mieści się likwidacja (Chapter 7), reorganizacja dużych firm (Chapter 11), plan spłat dla osób fizycznych (Chapter 13). Polski mikroprzedsiębiorca w kłopotach idzie w postępowanie o zatwierdzenie układu (PZU). Jego amerykański odpowiednik idzie w Chapter 13 albo po prostu zamyka firmę. Różne nazwy, różne procedury, tego się uczciwie nie da zmierzyć.
Ale jedna rzecz jest porównywalna i nie wymaga przelicznika: kultura. Pokazałem to wyżej na dwóch przykładach - Trumpie, który sześciokrotnie ratował spółki Chapter 11 i został prezydentem USA, i Musku, który dwa razy był tydzień od bankructwa i jest dziś najbogatszym człowiekiem świata. W Polsce obaj byliby „tymi, którym nie wyszło". Do końca życia.
Różnica między Polską a USA nie leży już w prawie. Prawo mamy. Narzędzia są, i to dobre. Różnica jest w głowach - przedsiębiorców, ich kontrahentów, ich bankierów, ich żon, ich księgowych i ich sąsiadów z działki.
I tu robi się interesująco, bo głowy zaczęto wreszcie badać. Nest Bank i Helping Hand opublikowali w 2024 roku raport „Przedsiębiorcy w stanie zagrożenia", który każdy coach powinien mieć obowiązkowo przyklejony do lustra. Wyniki w pigułce: 68% mikroprzedsiębiorców doświadczyło oznak kryzysu psychicznego w ciągu ostatnich trzech lat. Co trzeci - 32% - jest zagrożony depresją lub już ma jej objawy. 57% żyje w przewlekłym lęku. 96% czuje się przeciążonych pracą. 73% nie potrafi oddzielić życia zawodowego od prywatnego. 60% nie korzysta ze zwolnień lekarskich, nawet będąc chorymi.
Przypomnę: mówimy o 2,35 milionach ludzi, którzy generują 45% polskiego PKB. To nie są dane statystyczne. To jest epidemia. I ona trwa w ciszy, bo polski prezes nie chodzi do psychologa. Polski prezes jedzie 300 kilometrów do doradcy restrukturyzacyjnego.
Epidemia, o której prezes nie powie nawet terapeucie
Amerykański psychiatra Michael Freeman z Uniwersytetu Kalifornijskiego zbadał w 2015 roku 242 przedsiębiorców i wyszło mu, że 72% z nich ma jakąś diagnozowalną kondycję psychiczną. 30% depresji. 29% ADHD. 27% zaburzeń lękowych. Dla porównania - w populacji USA depresję ma około 7% dorosłych. Czyli czterokrotnie mniej niż wśród founderów. Kolejne badania, między innymi raport kanadyjskiego BDC, dokładały do tego, że przedsiębiorcy są dwa razy częściej hospitalizowani psychiatrycznie i trzy razy częściej zmagają się z uzależnieniami niż reszta społeczeństwa. Lista znanych amerykańskich założycieli, którzy w ostatniej dekadzie odebrali sobie życie - Aaron Swartz (Reddit), Austen Heinz (Cambrian Genomics), John McAfee - brzmi jak jakiś tragiczny spis obecności. Tego nikt nie uczy na MBA.
A teraz zadanie domowe: wymień mi z głowy trzy badania o zdrowiu psychicznym polskich przedsiębiorców. No właśnie. Ja znam jedno - to wyżej, Nest Banku, pierwsze tego rodzaju w kraju. Pierwsze. W 2024 roku. W kraju, który ma 2,35 miliona ludzi z własną działalnością. Pierwsze. Lada moment pojawi się drugie - to, które sam zleciłem, bo po kilkunastu latach słuchania tego, co słyszę w swoim gabinecie, nie mogłem dalej czekać na kogoś innego.
Kolejny paradoks: 73% przedsiębiorców nie chodzi do psychologa z powodu kosztów, 52% - z powodu braku czasu. To są powierzchowne odpowiedzi. Pod spodem jest prawda, którą znają tylko ci, którzy prowadzą biznes: jeśli powiem, że sobie nie radzę, bank mi nie da kredytu, inwestor wyjdzie, pracownicy stracą wiarę, wspólnik uzna, że jestem ciężarem, a żona przypomni sobie, że Krzysiek z bloku obok pracuje na etacie i ma spokojną głowę. Przedsiębiorca nie może sobie pozwolić na słowo „cierpię", bo ono rujnuje jego jedyną walutę - zaufanie, że ogarnia.
Więc nie mówi. Kupuje Rolexa, kupuje Teslę, odsłuchuje podcastu o growth mindset, idzie na siłownię o 5 rano, bo tak robi Dwayne Johnson. O tym, że od sześciu miesięcy nie śpi, powie tylko jednej osobie: doradcy restrukturyzacyjnemu. Nie psychologowi. Mnie. Bo ja jestem „załatwić sprawę z firmą", a nie „przyznać, że nie dam rady". Z doradcą można rozmawiać o liczbach. Liczby to nie uczucia.
I tu się okazuje - o czym żadna biznesowa książka nie napisze - że kwalifikowany doradca restrukturyzacyjny w Polsce pełni funkcję, której nie przewiduje ustawa regulująca ten zawód. Pełni funkcję kogoś, kto słyszy to, czego nie usłyszy nikt inny. I musi z tym coś zrobić, mimo że nie jest terapeutą.
Drodzy panowie z „Can't Hurt Me" na półce - najbardziej boli was właśnie to, co sobie wmawiacie, że was nie boli.
Paradoks drugiego życia
Powiem coś, czego normalnie bym nie powiedział w eksperckim komentarzu dla „Rzeczpospolitej": nie obwiniam tylko przedsiębiorców. Obwiniam nas wszystkich.
Bank widzi w KRZ, że firma przeszła restrukturyzację, i odrzuca wniosek kredytowy — mechanicznie, bez analizy. Media piszą „upadł", „zbankrutował", „splajtował", zamiast „przeprowadził restrukturyzację i wrócił na rynek silniejszy". Kontrahenci dopisują do umów klauzule „niebędący w postępowaniu restrukturyzacyjnym ani upadłościowym", bo tak bezpieczniej. Koledzy z branży uśmiechają się krzywo, kiedy słyszą nazwisko. Ja sam, jako prawnik, przez pierwsze lata praktyki mówiłem klientom „nie martwcie się, to się zatuszuje" - zamiast „to jest normalne, to się dzieje wszędzie, wasze prawo do drugiej szansy jest zapisane w dyrektywie unijnej, której jesteście współtwórcami".
Tworzymy - wszyscy razem - gospodarkę kłamców. System, w którym być uczciwym wobec własnych trudności jest drożej niż być nieuczciwym wobec własnego zdrowia. System, w którym lepiej pięć razy wypić wódkę sam w biurze o północy, niż raz zadzwonić do doradcy o 10 rano.
I potem się dziwimy, że mamy wzrost PKB 3,5%, a wzrost diagnoz depresji podwójny.
Wracam do parkingu. Ten prezes, który jechał 300 kilometrów - dziś prowadzi firmę lepiej niż przed kryzysem. Przeszedł restrukturyzację. Zachował dom, pracowników, wspólnika, żonę. Tylko dziewięciu miesięcy życia mu nikt nie odda - tych miesięcy, w których siedział sam w aucie pod kancelarią, bo nie umiał wymówić słów „mam problem" w zasięgu wzroku sąsiadów.
Dopóki wstyd jest w Polsce droższy niż odsetki, będziemy mieli więcej prezesów na parkingach niż w gabinetach. I więcej samobójstw niż wniosków złożonych w terminie. To nie jest wybór losu, lecz wybór kultury. A kultura - w przeciwieństwie do kursu euro - zależy od nas.
Jeśli to czytasz i coś ci drga - nie czekaj 300 kilometrów. Zadzwoń do kogokolwiek. Do mnie, do psychologa, do kumpla, do anonimowej infolinii. Wolę cię widzieć w moim gabinecie o 9 rano niż w nekrologu o ósmej.
- Telefon Zaufania dla Dorosłych w Kryzysie Emocjonalnym: 116 123 (bezpłatny, czynny codziennie 14:00–22:00)
- Centrum Wsparcia dla Osób Dorosłych w Kryzysie Psychicznym: 800 70 22 22 (bezpłatny, czynny całą dobę)
- W sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia: 112