Przejdź do treści

Exit kontra Forever-hold: dlaczego zdrowia nie da się sprzedać

Z biznesu można wyjść. Z formy nie. Dlaczego utrzymanie zdrowia jest pracą bez exitu - i dlaczego founderzy najczęściej tego nie rozumieją.

Exit kontra Forever-hold: dlaczego zdrowia nie da się sprzedać

W pierwszej biografii Elona Muska autorstwa Ashlee Vance jest taka scena. Niedziela, SpaceX, Musk zauważa, że jednego z kluczowych pracowników nie ma w firmie. Następnego dnia wzywa go do siebie. Pracownik tłumaczy, że córka miała osiemnaste urodziny. Musk odpowiada krótko: musisz poukładać swoje priorytety.

Jeżeli budowanie firmy jest dla ciebie ważniejsze niż własne zdrowie, ten tekst nie jest skierowany do ciebie. Dla mnie biznes, pieniądze i exit są ważne, ale stanowią co najwyżej połowę tego, czym chcę się w życiu zajmować. Drugą połową jest zdrowie i to, co Jakub Swadźba - założyciel Diagnostyki - nazywa zdrowowiecznością (ang. healthspan), czyli ten czas życia, w którym jesteś nie tylko żywy, ale też sprawny.

Tutaj zaczyna się problem, który widzę wśród przedsiębiorców praktycznie codziennie.

Dwie krzywe, które nigdy się nie spotykają

Wyobraź sobie wykres typowej kariery foundera. Start, grinding, rozwój, skalowanie, optymalizacja, delegowanie, exit. Linia faluje, ale generalnie idzie w górę. Przychody rosną, dywidendy rosną, a w pewnym momencie firma rozwija się na tyle, że można delegować większość operacji. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, na końcu jest exit. Czasem operacyjny, jak w moim przypadku — odszedłem z zarządzania własną fabryką, a czasem finansowy, czyli sprzedaż całości.

Po dobrym exicie krzywa kosztów życia praktycznie znika przy zerze. Jeśli sprzedałeś firmę za sto milionów, po roku trudno mieć mniej niż sto pięć. Kapitał pracuje, aktywa generują przychód, a koszty życia stają się błędem zaokrąglenia. Pojedyncza transakcja exitu może cię finansowo ustawić do końca życia. Większość z nas i tak wraca do kolejnych pomysłów, ale to już kwestia wyboru, nie konieczności.

Teraz wyobraź sobie ten sam wykres, ale dla swojej formy. Trenowałeś w liceum, biegałeś dziesięć kilometrów w 37 minut, a może dwadzieścia pięć lat temu skończyłeś Ironmana. Byłeś w fenomenalnej formie. Idą lata, akademik, pierwsza praca, pierwsza firma, druga firma, dziecko, drugie dziecko. Krzywa formy spada, choć na twojej półce dalej stoi tamto trofeum.

I tu pojawia się asymetria. O ile twój exit z firmy sprzed lat dalej pracuje na ciebie - kapitał generuje przychód, a w głowach ludzi pozostajesz tym, kto zbudował i sprzedał - o tyle Ironman sprzed dwudziestu lat dziś po prostu nie istnieje. Mięśnie, które wtedy miałeś, dawno wyparowały. Sprawność stała się przeciętnością. Zdjęcie na ścianie jest wszystkim, co po tym osiągnięciu zostało. To dotyczy maratonu i każdego innego sportowego sukcesu. Te osiągnięcia nie idą z tobą na całe życie. Po kilku latach przerwy nie ma po nich śladu poza wspomnieniem.

To jest fundamentalna różnica między exitem biznesowym a nawet największym osiągnięciem sportowym. Pojedyncza transakcja w biznesie potrafi wyłączyć cię z finansowej gry do końca życia. Jednorazowy szczyt formy w sporcie nie wyłącza cię z niczego, bo po kilku latach jego efekty mięśniowe są zerowe. Tu nie ma składanego procentu, nie ma renty z dawnych zasług, nie ma kapitału, który pracuje. Liczy się tylko to, co robisz w tym tygodniu.

A koszty biologiczne - czyli minimalny poziom sprawności, poniżej którego zaczynają się realne problemy — są stałe i są wyżej, niż większość ludzi sądzi. Kiedy krzywa formy zejdzie poniżej tej linii, żadne dawne osiągnięcie ci nie pomoże. Możesz mieć miliard na koncie i nie pomoże ci to wstać z toalety, jeżeli mięśni już nie ma. Upadki są drugą po sześćdziesiątym piątym roku życia, a po siedemdziesiątym pierwszą przyczyną przypadkowych zgonów wśród osób starszych. Wyprzedzają wypadki komunikacyjne. To miejsce, do którego prowadzi nas ścieżka, którą często idziemy.

Badania Wroblewskiego i zespołu z 2011 roku pokazują, że masa mięśniowa 74-letniego triathlonisty bywa praktycznie nie do odróżnienia od masy mięśniowej trenującego 40-latka, podczas gdy 74-letni siedzący Amerykanin ma w przekroju uda więcej tłuszczu niż mięśnia. Ten sam wiek, kompletnie różne życie. To my decydujemy, w którą stronę pójdzie nasza krzywa.

[GRAFIKA: skan przekroju uda — 40 year old triathlete / 74 year old and sedentary / 74 year old triathlete. Source: Wroblewski et al., Chronic Exercise Preserves Lean Muscle Mass in Masters Athletes, The Physician and Sportsmedicine, 39(3), 172–178.]

Cztery historie, które krążą mi po głowie

Krzysztof to mój sąsiad sprzed kilku lat. Poznałem go, kiedy potrzebowałem pomocy z wyciągnięciem nowej pralki z wysokiej podstawy ze styropianu. Zapukałem do drzwi obok, otworzyła mi wysoka, atrakcyjna blondynka, a ja, w t-shircie po kilku nieudanych próbach wyciągnięcia jej samodzielnie, zacząłem od: cześć, jestem Kamil, masz może męża lub chłopaka? Po dłuższej ciszy padło: mam, Krzysztoooof! Pomógł mi z pralką, polubiliśmy się, kontakt mamy do dzisiaj. Wtedy miał trzydzieści dwa lata i około dwudziestu kilogramów nadwagi. Kiedy rozmawialiśmy o ruchu i treningach, wyciągnął zdjęcie sprzed siedemnastu lat z forum SFD i powiedział: tak wyglądałem kiedyś. Trenowałem często, to moja forma życia.

Zbigniew to producent filmowy, kilka lat starszy ode mnie, którego poznałem w Dubaju. Codziennie tam biegałem, namawiałem znajomych na choćby spacer, większość przyjechała głównie odpocząć przy szklance. Zbyszek pyta: w ile czasu biegasz 10 km? Mówię, że tak normalnym tempem w jakieś pięćdziesiąt minut. On na to: a ja trzydzieści siedem. Patrzę na niego, na pełną szyję i kilkadziesiąt kilogramów nadwagi, i pytam: Zbyszek, jak? A on bez wahania: no nie teraz, w liceum.

Wojciech to przedsiębiorca, świetny procesowiec, który widzi proces w każdym fragmencie firmy. Zaprosiłem go raz na siłownię, zrobiliśmy razem godzinny trening, naprawdę solidny, potem odcierpiał zakwasami. W trakcie ćwiczeń zaczepił mnie: i co, to wszystko? Mówię: generalnie tak. A on: dobra, to już wszystko ogarniam, teraz tylko spisać na kartce i delegować.

I czwarta historia, najtrudniejsza. Jeff był naszym partnerem z Kalifornii, prowadziliśmy wspólnie biznes kilka lat. Na ścianie u Jeffa wisiało zdjęcie z Ironmana, który ukończył dwadzieścia pięć lat wcześniej. Wychodzi z wody, w szczytowej formie. Gdy rozmawiamy, Jeff ma 65 lat, około dziesięciu milionów dolarów płynnego majątku, dorosłe dzieci i konkretny plan: pracuje do siedemdziesiątego piątego roku życia, potem rusza w świat. Pytałem go w trasie z Los Angeles do San Francisco, dlaczego nie teraz, dlaczego nie zacznie już podróżować i wracać do regularnego ruchu. Nie miał dobrej odpowiedzi poza tym, że to jeszcze nie czas. Dwa lata później dowiedziałem się, że Jeff odszedł z tego świata. Miał 67 lat. Tych podróży już nie zrealizował.

Każda z tych historii pokazuje co innego, ale we wszystkich działają podobne mechanizmy. Dawne osiągnięcie staje się tarczą, za którą chowamy się przed pytaniem o teraźniejszość.

Sport jest pracą bez exitu

Sport zdefiniowany jako droga do mierzalnego celu porównawczego - ile potrafię wycisnąć, jak szybko biegnę dziesięć kilometrów, jak daleko w maratonie - jest atrakcyjny i sam to dla siebie mierzę. Ale w moim rozumieniu sport to przede wszystkim ogół działań ruchowych dążących do poprawy formy i zdrowia. To dwie różne kategorie, a ta druga jest ważniejsza. Dlatego prawie nie startuję w zawodach. Wymagają wyjazdów, zapisów, organizacji, a ja trenuję praktycznie codziennie, bo to codzienność przynosi efekty.

I tu jest największa różnica między biznesem a zdrowiem. Z biznesu można wyjść. Zbigniew, gdyby jako producent filmowy sprzedał firmę za sto milionów dwadzieścia lat temu i od tamtej pory nic nie robił, dalej byłby biznesowym kozakiem, tym, który zbudował dużą firmę i ją dobrze sprzedał. Nikt mu tego nie odbierze.

Z drugiej strony w ruchu i formie nie ma trwałego osiągnięcia. Epigenom mięśniowy faktycznie się zachowuje, więc wracasz do formy szybciej niż ktoś, kto nigdy nie trenował. Co ciekawe, jest też przekazywany dzieciom - dzieci aktywnych rodziców mają mniej problemów metabolicznych i rzadziej chorują na cukrzycę. Ale ten zapas działa w skali miesięcy i pojedynczych lat, nie dziesięcioleci. Po dwudziestu latach przerwy ten kredyt został dawno spłacony.

Utrzymanie formy jest pracą na etacie, z której nie można wyjść. Forever-hold. Akcje trzymane do końca i codziennie ten sam dyżur. Im szybciej to zaakceptujesz, tym łatwiej ci będzie.

Co naprawdę nas blokuje

Z przedsiębiorcami rozmawiałem na ten temat dziesiątki razy i wyróżniam kilka konkretnych blokad, które wracają najczęściej. Wszystkie wyglądają inaczej, ale mają ten sam korzeń.

Pierwsza blokada to przeszłe osiągnięcie zaślepiające rzeczywistość. To Krzysztof, Zbigniew i Jeff razem wzięci. Kiedyś coś osiągnąłem, kiedyś byłem w formie, kiedyś przebiegłem maraton. To osiągnięcie z tamtych czasów przywołuję zawsze, kiedy ktoś zapyta o sport. Mówię: zrobiłem maraton w 2014 roku, znam temat. I w tej rozmowie wygrywam, bo rozmówca pewnie tego nie zrobił. Tylko że to był 2014 rok. Od tamtej pory mięśni już dawno nie ma. Trofeum stało się kulą u nogi, bo pozwala mi unikać prawdziwego pytania o dzisiaj.

Druga blokada to myślenie biznesowe nakładane na trening. To Wojciech po godzinie na siłowni. Umiem już ten temat, opanowałem mechanikę, znam ćwiczenia, teraz tylko spisać i delegować. Dokładnie ten sam mechanizm, który w biznesie działa znakomicie: rozumiesz proces, dokumentujesz go, oddajesz komuś, idziesz dalej skalować. W treningu to nie zadziała. Najlepszy trener w mieście nie zrobi za ciebie ani jednej pompki. Higieny ciała nie da się delegować. Z punktu widzenia foundera przyzwyczajonego do skalowania wszystkiego przez ludzi i procesy jest to chyba najbardziej irytująca cecha tego całego projektu.

Trzecia blokada to BHAG, czyli ten wielki, włochaty, niemożliwy cel. Przedsiębiorcy kochają duże cele, bez celu nie wstajemy z fotela. Stąd: nie zacznę się ruszać teraz, bo na wiosnę zaczynam przygotowania do Ironmana, więc poczekam jeszcze trzy miesiące, żeby ruszyć z planem trenera. Albo: trzy razy w tygodniu po trzy kilometry to za mało, ja muszę od razu pełen plan i pomiar tętna na progach. Tu logika rozmija się z rzeczywistością. Jeśli się dziś nie ruszasz, spacer trzy razy w tygodniu po trzy kilometry to ogromna zmiana. W długim terminie nie wystarczy, ale jako punkt wyjścia jest dokładnie tym, czego potrzebujesz.

Czwarta blokada to mit „odpracuję to". Znajomy z nadwagą mówi, że wszystkiego już próbował, a waga stoi, a ty chciałbyś zadać to niewygodne pytanie: a czy próbowałeś jeść mniej? Piotr, którego znam bardzo blisko, przejeżdża 200-300 kilometrów rowerem tygodniowo, biega, pływa, przygotowuje się do połówki Ironmana. Kilka maratonów już za sobą. Od kilku lat zmaga się z trzydziestoma kilogramami nadwagi, których nie może zrzucić. Krzysztof, ten z forum SFD, w 16 miesięcy zszedł ze stu do osiemdziesięciu kilogramów. Praktycznie bez treningów, deficyt około 320 kilokalorii dziennie, siedzący tryb życia. Doktor Herman Pontzer w Spalaj się! pokazał na badaniu plemienia Hadza, że ludzie aktywni spalają jedynie sto do dwustu kalorii dziennie więcej niż siedzący Amerykanie. Ciało adaptuje się, zmniejsza wydatek na inne systemy, mniej rusza się w pozostałej części dnia. Maksymalny długoterminowy wydatek energetyczny człowieka to około 2,5 razy BMR, a nawet sportowcy biegający pięćdziesiąt kilometrów dziennie sprowadzają się do tego pułapu. Wniosek: waga wynika z odżywiania, forma z treningu. Nie da się jednej zastąpić drugą.

Piąta blokada to porównywanie się z mediami społecznościowymi. Włączasz Instagram, widzisz siedemnastolatka wyciskającego trzysta siedemdziesiąt kilogramów na prostej, w kolejnym materiale ktoś robi sto pompek na piąstkach. Twój plan, żeby zacząć biegać trzy kilometry dwa razy w tygodniu, wypada przy tym blado. Nie da się estetycznie sfotografować dyscypliny we wczesnej fazie. A to ona przynosi efekty. Nudna, codzienna, niefotogeniczna praca przez piętnaście minut dziennie zrobi dla twojego zdrowia przez dwadzieścia lat więcej niż Ironman raz w życiu.

I szósta blokada, najgłębsza, to traktowanie ruchu jako obowiązku. Muszę pójść, muszę zrobić, dietetyk lub - co gorsza - lekarz mi kazał. Ten mechanizm rzadko utrzymuje się dłużej niż pojedyncze tygodnie, bo każdy z nas ma już wystarczająco dużo „muszę" w kalendarzu. Lepsza jest rutyna - jeśli czytałeś Atomowe nawyki Jamesa Cleara, wiesz, jak ją zbudować. Wstaję, kawa, siłownia, śniadanie. Działa, ale można z niej wypaść po pierwszym wyjeździe albo po grypie.

Mycie zębów dla mięśni

U mnie codzienny ruch jest w tej samej kategorii co mycie zębów. Higiena. Dlaczego z myciem zębów nikt nie ma problemu? Nie tylko dlatego, że krócej trwa, ale dlatego, że konsekwencje są szybkie. Nie umyjesz zębów przez dwa dni, otoczenie ci szybko podpowie. Konsekwencje braku ruchu przychodzą po latach. Stąd ogromna podatność na odkładanie. I stąd potrzebne jest mentalne przeniesienie ruchu z kategorii „ważne, ale nie pilne" do kategorii higieny, którą po prostu robisz, jak prysznic.

Obowiązek wyczerpuje się pierwszy, rutyna utrzymuje się chwilę dłużej, higiena trzyma najlepiej. Bo higieny nie negocjujesz z samym sobą każdego ranka, po prostu ją robisz.

I jeszcze jedna metoda, która mi pomaga w pracy z founderami: dwa pudełka. W pierwszym wszystko, czym się chwalisz — maratony, Ironmany, rekordy życiowe, najlepsze zdjęcia w szczytowej formie. Niech to pudełko pozostanie pełne, niczego ci nie odbieram. W drugim - to, co robisz w tym tygodniu. Codzienny ruch, siłownia, sprinty, rozciąganie, bieganie, joga. Cokolwiek z tych aktywności. Drugie pudełko ma jedną kluczową cechę: szybko się opróżnia. Tu jesteś na etacie, codziennie musisz to pudełko zapełniać od nowa. Kiedy ktoś zapyta o sport, odpowiadaj zawartością drugiego pudełka, nie pierwszego. „Trzy razy w tygodniu po pół godziny treningu na siłowni" jest nieporównywalnie ważniejsze dla twojego zdrowia i samopoczucia niż „skończyłem Ironmana w 2016".

Z badań rozpowszechnianych przez doktora Williama Wallace'a wynika jeszcze jedna ciekawa rzecz. Tenis dodaje średnio 9,7 lat życia, badminton 6,2, piłka nożna 4,7. Pływanie 3,4, jogging 3,2, kalistenika 3,1. Co je odróżnia? Sporty, które dodają najwięcej lat, są wielostawowe, dynamiczne, związane z obserwacją i odbijaniem piłki, i - socjalne. Wymagają człowieka po drugiej stronie siatki. Może coś w tym jest, że aktywności wykonywane z kimś są praktykowane częściej i z większą satysfakcją.

Co zostaje

Nie ma tu podsumowania z gwiazdką. Tekst kończy się tym, co masz na ekranie. Wracasz do pracy: Slack, kolejny call, lunch. Pytanie tylko, czy między jednym a drugim spotkaniem zrobisz dziś dwadzieścia pompek i przysiadów, czy znowu odłożysz to na później.

Jeśli masz cokolwiek z tego tekstu zapamiętać, niech to będą moje dwa pudełka. Pierwsze, z trofeami, jest niezniszczalne i nikt ci go nie odbierze. Drugie, z higieną, opróżnia się codziennie. Tu jesteś w przedsiębiorstwie, którego nie sprzedasz. I tylko to drugie liczy się dla twojego zdrowia, kiedy reszta świata przejdzie na ozempic, a ty dalej będziesz się ruszał, lepiej spał i miał te swoje mięśnie na nogach, które pozwolą ci wstać z toalety bez problemu.

Exit z biznesu jest możliwy i dla wielu z nas jest celem. Exit od regularnego ruchu i treningu nie istnieje. To jest forever-hold i im szybciej się z tym pogodzisz, tym dłużej będziesz miał z czego się cieszyć po tym, jak ten twój wymarzony exit już się wydarzy.

Kamil Kozłowski

Kamil Kozłowski

Founder i operator w hardware i tech. Współtwórca Riverdi i kilku spółek. Od 10+ lat buduje biznesy, rozwija produkty i prowadzi złożone projekty. Łączy inżynierię z biznesem - od projektowania po skalowanie i relacje z klientami.

Wszystkie artykuły